Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

W dziale tym znajdują się opisy, zdjęcia oraz reportaże z wypraw i wycieczek
Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » czwartek 23 lis 2023, 12:26

Poranek zaczyna się dziś bardzo sympatycznie :) W zasięgu wzroku od busia stoi kamper. Dziś poznajemy jego mieszkańca. Koleś nas zagaduje nad wodą. Jest z Czech. Jakoś bardzo przypadliśmy mu do gustu, a głównie chyba busio, bo ponoć taki "stylowy". Z tej racji przynosi nam sześciopak chłodnego, czeskiego piwa. Ot tak z sympatii. Miło! Ponoć ma dużo tego w swoim aucie. Chyba cały browar przywiózł! Nie mamy wyjścia. Musimy od razu wypić to piwo, bo za pół godziny będzie z niego zupa.

Obrazek

Na spacer idziemy w przeciwną stronę jak wczoraj. Klimaty panują tu podobne - skały i golasy! (i jeżowce! grrrr...)

Spora część wybrzeża jest zagospodarowana przez biwakowiska stacjonarne.

Obrazek

Nie wiem czy to są prywatne dacze i wykupiony teren, czy po prostu najbardziej stali bywalcy sobie oznaczyli teren i pilnują, coby im ktoś niepowołany nie podprowadził ulubionej miejscówki. Stoją więc przyczepy, które widać, że już latami wrastają w ziemię, których pewnie już by nie wyrwał nawet czołgiem. Stoją namioty pod okapami z drewnianych skrzyń. Są schodki, kwiatki, hamaki i altanki z liści palmowych.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Część plaż jest piaszczysta, ale u samego styku z morzem są bardzo dziwne skały - takie poszarpane. Bardzo malowniczo to wygląda - ni to rozwleczona meduza, ni to płetwa grzbietowa rekina! ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Albo taki głaz. Dla odmiany zupełnie inny, ale jakby go ktoś sztucznie ulepił!

Obrazek

Są też takie kawałki plaży. Niby nic dziwnego nie rzuca się w oczy, nie? Ale to czarne i drobne na granicy wody i lądu - to nie piasek, to nie glony - to tysiące skrzydlatych mrówek, w większości zdechłych!!!

Obrazek

Obrazek

Kawałek dalej jest cypel. Pomiędzy skałami są moje ulubione zaciszne plażki, pełne chlupotu o skały, seledynowej, przejrzystej wody skrzącej się w słońcu i równych płyt podwodnych, gdzie wygrzewają się ryby i jeżowce.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na jednej z wyższych skał stoi kapliczka. To ten malutki punkcik na szczycie skały, z lewej strony.

Obrazek

A tak przedstawia się z bliska.

Obrazek

Na innej skałce przymocowano dziwne pudełko. W środku jakiś mechanizm, raczej już od dawna niesprawny. Reflektor? Mini latarnia morska to kiedyś była??

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A to coś w tle braliśmy za łódkę!

Obrazek

A to jest wysepka w wersji super mini!

Obrazek

Niektóre przybrzeżne kamienie wyglądają nieco dziwnie - jak kółka olimpijskie albo pączki w smażalni. Jakim cudem się to tak samo ukulało? Może kosmici robią nie "kręgi w zbożu", ale "kręgi w morzu"? Może ktoś się przejęzyczył? ;)

Obrazek

Obrazek

Miejscami plaża znika zupełnie, ustępując miejsca wpadającym do morza skalnym rumoszom. Ładne toto, ale tempo wycieczki mocno spada ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Momentami uroku okolicy dodają rude zbocza.

Obrazek

Obrazek

Widoki z pagórka.

Obrazek

Z głębi lądu zawiewa czasem pyłem z suchych, jakby zmielonych ziół. Taki oddech jak z pieca - duszny, gorący, wręcz parzący, ale o pięknym zapachu tymianku.

Obrazek

Wieczorem wieszamy hamak, a znad gór przychodzi wielka, ciemna chmura.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

O dziwo nie przynosi deszczu tylko bardzo silny wiatr. Od razu tworzą się fale, więc toperz z kabakiem biegną do morza w podskokach. Wspominałam, że ja nie lubię fal? Tzn. z przyjemnością patrzę sobie na wzburzone morze, ale do wody wolę włazić, gdy tafla jest równa i nic nie zalewa głowy. Kabak i toperz za to uwielbiają takowe prysznice i dokazują w falach. Piski niosą się wokoło.

Może to być jedna jedyna niepowtarzalna szansa na puszczenie latawca! Bo tu chyba rzadko wieje!

Obrazek

Rybacy na swoich mini kuterkach są mniej zachwyceni nagłym pojawieniem się wiatru i fal. Obserwuje ich przez moją aparato-lunete. Widać, że są nieco zaskoczeni. Pośpiesznie zwijają wędki i próbują tak ustawić łódź, żeby się nie wykopytrnąć.

Obrazek

Podobnie są zaskoczeni mieszkańcy bułgarskiego kampera stojącego za zakrętem. Wiatr zerwał im już połowę daszku, a oni starają sie jakoś zapobiec, coby daszek nie odleciał zupełnie. Sytuacje te sugerują, że takie ataki wiatru nie pojawiają się tu zbyt często.

I tak kończy się kolejny sympatyczny dzień na dzikich plażach północnej Grecji :)

Obrazek

Obrazek

Kolejnego dnia zmieniamy miejsce pobytu. Nie jest to umotywowane jedynie ciekawością świata, a również przyziemną koniecznością. Kończy się nam żarcie i woda. Musimy odwiedzić miasteczko. Pada na pobliskie Orfani. Długo nie możemy znaleźć sklepu. Wpadamy w plątaniny uliczek wypełnionych białymi, willowymi domkami, które wyglądają jak pod wynajem. Mijamy zagospodarowane plaże pełne leżaków, parasoli i plażowych barów. Wszystko wygląda jakby czekało na stada turystów, którzy póki co nie dotarli. Przed sezonem? No bez jaj! Jest połowa czerwca, jest ponad 40 stopni! Jak to nie jest sezon to ja już nie wiem jak on powinien wyglądać i jakie mają tu zasady. Miasteczko też wygląda jak wymarłe, tylko cykady się drą, koty się biją na środku szosy i tylko czasem przemknie auto z prędkością typową raczej dla autostrady, a nie dla małych, krętych uliczek. Kotom ledwo udaje się uniknąć rozjechania. Auta mieszczą się na centymetry między murkami okalającymi ogrody a stojącymi prawie na środku śmietnikami. W jednym czy drugim barze plażowym pytamy o sklep. Kierują nas do takowego miejsca, gdzie możemy kupić kolorowe piłki i kreacje lokalnej mody deptakowej. Wracamy do kelnerów. Mówię, że fajno, ale sklep = jedzenie. A oni się śmieją, że jedzenie to u nich. Masakra te nadbrzeżne pseudomiejscowości, gdzie nabudowali wszelakiego syfu, ale nic nie można załatwić. W końcu odjeżdżamy trochę wgłąb lądu i udaje się znaleźć w miarę normalny sklep. Asortyment jednak jest mocno ograniczony. Wychodzi na to, że Grecy odżywiają się upiornie słodkimi sokami, dżemem i ciastkami. Cebuli, puszek z rybami, zielonej herbaty czy ciemnego chleba chyba tutaj nie znają. Ale przynajmniej mają wino :)

Gdzieś słyszałam, że według unijnego prawa ślimak to ryba. A to nieprawda! I nawet mam na to dowody! Ślimak to roślina! To owoc ostów porastających brzegi Morza Egejskiego!

Obrazek

Obrazek

Gdzieś w zaułkach miejscowych wiosek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



cdn

Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » poniedziałek 27 lis 2023, 11:23

Nie ma nic lepszego na wycieczkach jak znaleźć coś zupełnym przypadkiem i doznać uczucia miłego zaskoczenia. Tak właśnie było tutaj. Człowiek sobie jedzie szutrową drogą zaraz przy morzu, wgapia się w błękity wodnej toni i sine góry zamykające gdzieś daleko widnokrąg - a tu bęc! bunkierek sobie na plaży leży!

Obrazek

Obrazek

Nieduży, z lekka przekrzywiony, częściowo omywany przez morskie fale. Widać, że one już mocno nadgryzły konstrukcje budynku. Pewnie kiedyś był większy, ale część ścian odpłynęła w siną dal z jakimś jesiennym sztormem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Widzieliśmy jeszcze drugi, acz ten był położony już nieco dalej wgłąb morza, więc nie wchodziliśmy do środka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kormorany sobie go ulubiły! Acz ogólnie bardzo mało ptaków spotykaliśmy nad greckim morzem.

Obrazek



cdn

Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » środa 29 lis 2023, 14:25

Wracamy na nasze dzikie plaże. Zmęczyło nas obcowanie z ludźmi. Ale sukces jest, busio jest pełen żarcia i wody, możemy na kilka dni zaszyć się w głuszy i mieć wszystko i wszystkich gdzieś. :) Jedziemy kawałek dalej wzdłuż wybrzeża. Drogi ku morzu wyglądają rokująco. :)

Obrazek

Tu np. oceniamy czy busio się rozpadnie zjeżdżając z tego obrywu asfaltu czy może jeszcze raz się jednak uda??

Obrazek

Kolejne miejsce biwakowe jest jeszcze fajniejsze! Stojąc przy zderzaku busia mamy takowe widoki :)

Obrazek

Obrazek

Jest tu mała polanka pomiędzy cyprysikami i kolczastymi krzakami.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na naszej polance przez sporą część dnia jest cień, a tutaj się to bardzo przydaje! Tu jednak jest zupełnie inne słońce i temperatury niż w Polsce (czy nawet w Bułgarii) i po całym dniu wycieczek na patelni, gdzie napierdziela słońcem solidnie (bo ani chwili nie ma pół chmurki) - człowiek ma jednak ochotę na chwilę się schować do cienia. Nawet buba. Serio. Nawet rozkładamy przy busiu plandekę - i to nie od deszczu, ale od słońca! Poważnie! Teraz jak to piszę i od kilku miesięcy ustawicznie marznę - nie chce mi się w to uwierzyć, że mogą istnieć miejsca na świecie, gdzie nawet bubom jest momentami za goraco! :)

Obrazek

Fajnie się tutaj układają te krzaki! Jak wrota do jakiejś magicznej krainy! :)

Obrazek

Trochę jak cygański tabor! :P Tylko trochę mało umorusanych dzieciaków biega wokół ;)

Obrazek

Obrazek

Wybrane przez nas miejsce jest chyba najładniejsze w okolicy. Acz pierwsze skojarzenie jest nieco niepokojące. Na drzewie wisi jakaś szmata. Chyba poprzedni bywalec zapomniał zabrać spodenki. Przypomniało mi to opowieść znajomego - też o biwaku nad zbiornikiem wodnym, też gdzieś w ciepłych krajach. Jak przyszli i rozbili namiot to wisiała na drzewie koszulka. Przez cały dzień nikogo nie spotkali. Wieczorem, w nocy, też pusto. Rano na drzewie wisiały dwie koszulki. Zrobiło im się dziwnie, no ale może nie zauważyli? Miejsce piękne, żal je opuszczać. Kolejnej nocy nastąpiła powtórka - rankiem były już trzy koszulki. Na tym etapie się zmyli, choć był pomysł zaczajenia się i nocnych obserwacji - ale jakoś upadł. Jednak woleli nie sprawdzać kto i po co się tak z nimi bawi. Nas na szczęście to nie spotyka. Przez 3 dni wiszą jedne i te same gacie ;)

Obrazek

Wieczorem palimy ognisko na plaży. Morze jest spokojne i idealnie gładkie. Horyzont zamykają wysokie szczyty jakiś wysp czy półwyspów.

Obrazek

Obrazek

Śpimy w namiocie. W busiu szybciej robi się duszno, a jak się otworzy drzwi to komary nalatują.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest tu również idealne miejsce do powieszenia hamaka!

Obrazek

Zastanawiam się, czy ten kamień się do nas uśmiecha czy raczej warczy?

Obrazek

Nasza najbliższa plaża jest urozmaicona - częsciowo piaszczysta, trochę kamienista a i jakieś skałki się zdarzają.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Morze dla mnie jest najlepsze o poranku, wtedy gdy biegniemy popływać jeszcze przed śniadaniem. Wtedy tafla wody jest równa, nie ma prawie załamań, już o falkach nie mówiąc. Woda idealna do pływania - ze wzrokiem wbitym w dalekie góry zamykające horyzont.

Obrazek

Obrazek

Wszędzie tutaj w okolicy, po krzakach, piachach i drogach leży mnóstwo łusek po nabojach. Nie wiem w co się bawili albo na co polowali. Kabak się obawia czy aby nie na tygrysy, bo łuski są całkiem duże ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z braku muszelek czy innych bursztynków - zbieramy łuski. Widać każde wybrzeże ma swoją specyfikę. W Bułgarii były całe góry muszli i szkielety delfinów, w Albanii koło Fier zbierało się buty, nad zalewem w Obwodzie Kaliningradzkim walały się dziesiątki zdechłych ryb a pod Odessą meduzy. Tu zbiera się kolorowe łuski - całymi garściami!

Zabawa łuskami jest mocno wciągająca! To dużo lepsze niz klocki czy puzzle :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jak już mowa o ciekawostkach - tutejsze plaże mają jeszcze jedną specyfikę. Są jakoś szczególnie lubiane przez gejów. Nie wiem czy to dlatego, że są puste i ustronne? Trzykrotnie włażę na niedwuznaczne sytuacje. Raz dwóch starszych panów zabawia się na plaży pod parasolem (a ja właśnie zoomowałam ciekawą skałę na horyzoncie i wpadli w kadr). Drugi raz wędruję sobie brzegiem wydmy, wypatrując kolejnych łusek do kolekcji i bęc! Włażę na dwóch kolejnych, dla których kolczasty krzak jest chyba dopełnieniem igraszek i źródłem dodatkowych doznań. Ci się nawet z lekka zmieszali moim nagłym najściem. Najpierw zamarli w bezruchu a potem próbowali się przykryć słomianym kapeluszem. Mówię im, że "no problem", życzę miłego dnia i szybko się wycofuję. Panowie miło mi machają. Chyba odetchnęli z ulgą, że nie muszą opuszczać swojego kolczastego krzaka. Trzecia parka była w aucie zaparkowanym na środku drogi. Idąc do kibla musiałam się im czochrać o lusterka.

Któregoś dnia idziemy na wycieczkę na kolejny "nos", który widać na horyzoncie. Ten "nos" jest wyjatkowo długi, tzn. nie w sensie, że daleko wychodzi w morze, ale długa jest droga przez skalne zwalisko. Wychodzi na to, że tutaj dodatkowo się oberwało zbocze i runęło do morza.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Idziemy i idziemy po wielkich ruszających się kamulcach i wybitnie przychodzą mi na myśl wspomnienia wędrówek po gorganie. Brakuje tylko sprężystej kosówki i deszczu lejącego się za kołnierz. Tu z nieba leje się tylko upał! Na kamulcowym zboczu jest chyba z 50 stopni! Ostatni raz pamiętam taki gorąc na Krymie, w sierpniu 2007. Pamiętam, że w jeden z dni wchodziliśmy na górę Demerdży, wznoszącą się nad Doliną Przywidzeń. Z trzydziestu osób z naszej grupy tylko 6 poszło na szczyt - reszta została i zdychała w jednym jedynym cieniu pod skałą. Wchodząc wtedy na górę zaczęłam mieć dziwne "doznania wzrokowe". Każda rzecz - kamień, źdźbło trawy, moja ręka, robak pełznący ścieżką, wszystko zaczęło mięć tęczowe obwódki. I ta tęcza tak pełgała jak zorza polarna. Nie wiem czy tak się objawia udar słoneczny, ale tu, na tym "nosie", znów po 16 latach owe Demerdży staje mi jak żywe przed oczami. Znów wszystko ma tęczowe obwódki! Tam też dokładnie tak samo gotowało się powietrze, a słońce napierdzielało tak, że skóra zaczynała skwierczeć. Dziś najbardziej skwierczą moje nogi na wysokości kostek. Wpadłam na "rewelacyjny" pomysł, aby ubrać sobie skarpetki stopki. No bo gdzie mam je nosić jak nie w miejscu gdzie jest ciepło?? Nosz nie mogę wytrzymać tak mnie zaczynają te nogi palić! Zasmarowywanie centymetrową warstwą kremu nic nie daje. I tu okazuje się, że moja zasada zabierania ze sobą chustki na głowę i szalika - zawsze i wszędzie, nie jest taka głupia! :)

Obrazek

Wygląda to mocno idiotycznie, ale tutaj jedynie węże i jaszczurki mogą się dziwować owej nietypowej modzie. No oprócz toperza i kabaka, którzy drą ze mnie łacha straszliwie ;)

Docieramy do rajskiej zatoczki. Trud wędrówki nie był nadaremny! Plaża jest tylko nasza! I to taka zaciszna, piach otoczony z dwóch stron skałami. I woda jest tutaj wyjątkowo błękitna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nasz obiad. Tak chyba żywią się lokalsi, bo w sklepie ciężko było kupić inny asortyment...

Obrazek

Nad plażą wspina się droga prowadząca do dziwnego budynku. Teren jest szczelnie ogrodzony, pełen cudnie kwitnących krzewów.

Obrazek

Obrazek

Wracamy szosą. Jedno spotkanie z rosochatym "nosem" na dziś nam wystarczy. Teraz dla odmiany mamy topiony asfalt. Jest powiedzenie "kleić się jak g.. do buta". Fakt, wiele razy wdepnąwszy w fekalia uroczych, osiedlowych czworonogów miałam problem to smarowidło odczyścić. Grecy chyba muszą mieć inne przysłowie: "kleić się jak asfalt do buta". Tego to już za cholerę nie idzie oderwać. Idę, szuram po asfalcie, trę o murek, łamię kolejne patyki. Część asfaltu zostanie ze mną już chyba na zawsze. Dobrze, że asfalt przynajmniej tak nie cuchnie jak kupa! Zdecydowanie więc wolę grecką wersję przysłowia!

Obrazek

Szosa, którą wracamy jest prawie pusta. Czasem tylko przemknie rozpędzony tir - tak jakby miał pewność, że nikogo nie spotka. Trzeba uskakiwać w kolczaste krzaki. To jest chyba najgorętsze miejsce na trasie naszej całej wycieczki. Szkoda, że nie mieliśmy termometru. Teren ograniczony od spodu asfaltem a od boków skałami, powoduje, że nie tylko słońce grzeje od góry - promieniuje i parzy też asfalt i skała. Naprawde jakby wleźć do ogromnego pieca. I jeszcze ten oszałamiający zapach ziół. Tak jakby ktoś tą potrawkę z nas postanowił przyprawić do smaku tymiankiem i lawendą :) Idziemy, więc, kleimy się do podłoża, zastanawiając się po którym kroku zostaniemy bez podeszw... A myślami jesteśmy już przy morzu! Już, już oczyma wyobraźni słyszymy to pssssss... jak wskoczymy w chłodne, błękitne tonie! :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gdy odbić nieco od morza można powędrować w strone gór lub zagajnikami, które nieco wyglądają na plantację. Właśnie tu jest najwięcej łusek.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Napotykamy też jakieś przedziwne konstrukcje z opon, taśmy i sieci. Po kiego diabła ktoś tak pooplatał krzaki???

Obrazek

Obrazek

Gdy wracamy do naszego biwakowiska mamy okazję spotkać helikopter widmo. Głos silnika wyraźnie się przybliża od strony gór, potem słychać go centralnie nad naszymi głowami. Później oddala się w stronę morza. Zadzieramy głowy, rozglądamy się... Nic nie widać. A chmurki nie ma ani jednej. A może to motorówka? Ale również nic nie płynie. Mamy nawet podejrzenia, że to łódź podwodna. No bo kurcze co??

A wieczorem znów ognisko! :)

Obrazek



cdn

Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » czwartek 30 lis 2023, 17:44

Na naszej greckiej trasie nie tylko morze oglądamy. Wbijamy też w wąską, boczną dolinę, która wije się wśród skał i pachnących iglastych zarośli. Nie jest to zwykła dolina. Jest pełna ciepłych źródeł. Stoją tu również ruiny dawnego kurortu czy innego sanatorium. Dziesiątki zarośniętych budynków w różnym stanie wypatroszenia (zwykle znacznym), kilka źródełek jest na zewnątrz przy rzece, a dwa wewnątrz budynków. Roślinność ciepłych krajów bardzo malowniczo i szybko zarasta wytwory ludzkiej działalności. Chodzimy więc chodnikami pokrytymi kożuchem bluszczu, patrzymy w błękit nieba przez dziurawe sufity, z których zwieszają się kwiaty. Siedzimy w skalnych wannach lub pod rurami, które sikają aromatyczną, mineralną wodą - i zastanawiamy się jak to w ogóle możliwe, że takie rajskie miejsce istnieje naprawdę?? Bo miejsce jest jak ze snu. Miejsce, które zdawałoby się, że nie ma prawa istnieć w naszym skomercjalizowanym świecie. A jednak ten magiczny świat jest całkowicie namacalny - czujemy ciepło wody, zapach kwitnących krzewów, słyszymy śpiew setek ptaków. Ale wciąż mamy poczucie nierealności i zachłyśnięcia się szczęściem, które nas spotkało, że możemy tu być.

Ale po kolei...

Taka droga rozpościera się przed wędrowcami sunącymi wgłąb doliny. Morze za plecami, przed nami góry!

Obrazek

Obrazek

Nagle i z zaskoczenia pojawia się brama i stróżówka na wjeździe. Brama przyjemnie otwarta - to lubimy! :)

Obrazek

Mostek i chodnik sugerują, że nie grasują tu żadne podejrzane typy z kosiarkami.

Obrazek

Obrazek

Parkujemy sobie pod krzakiem, czy raczej jak to kabaczę określa "w krzaku" ;) Dalej łazimy z buta, bo to i więcej widać, a i nie chcemy wlecieć w żadną z otwartych studzienek czy innych rozpadlin.

Obrazek

Obrazek

Nad busiem rośnie coś sosnopodobnego, ale o takim zagęszczeniu szyszek, że ciężko to sobie wyobrazić!

Obrazek

Obrazek

Pierwsze mijane budynki są niezwykle malowniczo zarośnięte. Roślinność tu szaleje i pożera wszystko z niezwykłą łapczywością.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nie brakuje tu pachnących, ukwieconych krzewów. Zupełnie jak Janskich Koupelach w Czechach - w pierwszy dzień wyjazdu. No tylko tam niestety nie było ciepłych źródeł (za to był zimny deszcz ;) )

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Uroki zapomnianych schodków.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Można znaleźć też budynki większe, o kilku kondygnacjach.

Obrazek

Obrazek

Ten może nie bardzo duży, ale dosyć spektakularnej architektury.

Obrazek

Zaglądamy i do środka, ale nie mamy odwagi wspinać się na wyższe poziomy. Schody są drewniane i dosyć zetlałe. Podłogi również!

Obrazek

Obrazek

W jednym z budynków zachowały się karteczki, wydruki dokumentacji medycznej. Daty z lat 2000-2002.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Okienka...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A tu chyba była knajpa?

Obrazek




A między ruiny i busz wplecione ONE!!! ŹRODŁA!!!!! Można je podzielić na te zadaszone, znajdujące się wewnątrz budynków i te będące kamiennymi zatoczkami przy potoku. Znaleźliśmy ich kilka i nadaliśmy im swoje nazwy.

KAMIENNO - SKALNY BASEN

Częściowo omurowana w prostokąt niecka z dużym naturalnym głazem na dnie. Można więc siedzieć na dnie baseniku, a można na kamieniu jak na krześle. Pomieszczenie, w którym jest źródło jest chłodne, a woda w basenie gorąca. Chyba to najcieplejsze z tutejszych wód.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest nawet szatnia :P

Obrazek

Dla toperza i kabaka tu jest troche za ciepła woda ;) Mi pasuje!

Obrazek


BASEN Z RURĄ

Do pomieszczenia ze źródłem prowadzi taki oto niepozorny korytarz. Kto by pomyślał, że kończy się on taką atrakcją!

Obrazek

Obrazek

Sam basenik jest malowniczo omulony rudymi mineralnymi naciekami.

Obrazek

Obrazek

Woda w nim jest płytka - po kostki najwyżej. Pewnie mogłaby być głębsza, ale woda za bardzo odpływa. Miejsce więc dogodne dla wszystkich tych, co wywalają z łazienki wannę i wstawiają kabinę prysznicową, bo wolą od nasiadówek płukanie się na stojąco.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


ŹRÓDŁO POD MOSTEM

Dwubasenikowe. Z wodospadem, ale niewielkim.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wymyśliliśmy sobie kapitalną zabawę. Kto dłużej wysiedzi z butelką na głowie. Przechodzący z rzadka mostem ludzie patrzą na nas z dużą dozą zainteresowania ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A rzeczka sobie spokojnie płynie, kwiaty pachną, normalnie idylla jak na folderku pewnej grupy religijnej ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ciekawe rośliny podwodne. Ni to glon, ni to grzyb, ni to skóra dinozaura?

Obrazek

Obrazek


ŹRÓDŁO Z MURKIEM

Tu chyba woda była najbardziej błękitna. Wewnątrz betonowego kwadratu jest wylot źródła, więc tam woda jest najcieplejsza.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


ŹRÓDŁO POD SCHODAMI

Pokruszone schody prowadzą donikąd. Tzn. na niewielki balkonik. Wisi tu jakiś ręcznik, ale nigdzie w zasięgu wzroku nie widzimy jego właściciela.

Obrazek

Poniżej balkonika jest wypływ cieplej wody. Niestety nie ma tu żadnej niecki, basenika, płycizny. Woda od razu wpada do chłodnej rzeczki i płynie w sina dal.

Obrazek

Sama droga do tych schodów i balkonika jest bardzo przyjemna. Najpierw idziemy zarośniętym bulwarem, pełnym starych latarni i oplecionych pnączami ławeczek jak żywcem przeniesionych z przystanków autobusowych :)

Obrazek

Obrazek


ŹRÓDŁO Z ŻÓŁWIAMI

Znajduje się poniżej źródła z murkiem. Można więc tędy dojść podążając za bagnistym potoczkiem. Acz po drodze jest bardzo ostra trawa i można się nieprzyjemnie pociąć.

Obrazek

Druga trasa wiedzie przez rzekę, od strony platanowego zagajnika. Stąd źródło widać bardzo dobrze. Ba! Nawet ktoś punkt obserwacyjny sobie tu zrobił! :)

Obrazek

Jest tu obudowana kamieniami niecka, o temperaturze wody wręcz idealnej. Z góry, po kolorowych od nacieków skałach, wali się ciepły wodospad. Jeśli akurat komuś zrobi się za gorąco - to na wyciągnięcie ręki jest rzeka, gdzie można się schłodzić. Widok też stąd jest fajny - można siedzieć i patrzeć na okoliczne skały lub góry pokryte grubym kożuchem zieloności.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kabakowi dość szybko nudzi się siedzenie w jednym miejscu. Brodzi więc po rzece, zagląda w zaułki, twierdzi, że szuka ryb i żab. I nagle woła: "Tu do wody wpadł żółw! Musimy go uratować!" Ratowaliśmy już żółwie z szosy, można też z rzeki, czemu nie? Ale jakim cudem tu wleciał?? Żółw jednak wygląda nieco inaczej niż te, które spotykaliśmy na lądzie. Poza tym w rzecznych nurtach radzi sobie tak świetnie, że nie ulega wątpliwości, że to są jego klimaty i to własnie tu ma domek. Ale jaja! Pierwszy raz widzimy wodne żółwie! I to tak na wyciągnięcie ręki! :)
(jakby ktoś nie widział, to żółw jest z lewej strony, tak pośrodku)

Obrazek

Żółwie nie żyją w samym źródle - pewnie byłoby im za gorąco. Ale kręcą się skubane w tej części rzeki, gdzie źródlana woda wpada. Mają swoje nory przy brzegu, w gęstych trawach i błotnej mazi tworzącej jakby okapy na krawędzi lądu. Przypłyneły jednak się nam przyjrzeć. Z tego co słyszałam, to wodne żółwie są drapieżnikami, więc może oceniały naszą przydatność obiadową??

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A to zdjęcie wiem, że jest nieostre i ogólnie nieudane. Ale ma ono swoją historię. Bo jest zrobione kawałek dalej, koło źródła pod schodami. Brodziłyśmy tam sobie z kabakiem, szukając czy są głębsze buniory, gdzie by można popływać. I ten żółw nagle wyłonił się spod skał! Jakby wyskoczył! I miał takie jakby wyszczerzone zęby, jak jakiś potwór! Kabak: "łaaaaaa!!!", ja: "łaaaa!!!" i w nogi! Ale zdjęcie zrobiłam. Jestem bardzo z siebie dumna - bo na totalnym autopilocie.

Obrazek

Nie muszę wspominać, że odechciało się nam pływania i pchania w głębsze niecki. Bo szlag wie co jeszcze za krokodyle się tam osiedliły?

Aha! To było pod tymi schodami z balkonikiem, gdzie leżał porzucony ręcznik! Więc może jednak krokodyle?? ;)



ŻRÓDŁO Z KAFELKAMI

Położone dosyć na uboczu, w ukrytym miejscu, więc znajdujemy je jako ostatnie. Są tu trzy kaskady. Pierwszą tworzy rura:

Obrazek

Obrazek

Drugim, niewielkim wodospadzikiem woda zlewa się do kolejnej niecki.

Obrazek

Widać tu ślady dawnych kafelek.

Obrazek

Ostatnim stopniem ciepła woda leci do rzeki. Na zdjęciu to się jakoś spłaszczyło, ale tu było dosyć wysoko. Z dwa metry napewno. W tym sensie, że nie ma za bardzo możliwości chodzić na przekąpki do rzeki i z powrotem.

Obrazek

Nie tylko żółwie tu wszędzie szaleją. Miejsce też ulubiły sobie niebiesko - zielonkawe ważki. Już wiem skąd poszedł pomysł na kolory aut typu "metalik" ;) Poza tym w ogóle sie nas nie boją. Jedna to ciagle siada kabakowi na ręce i patrzą sobie nawzajem głęboko w oczy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rewelacyjność tego miejsca, w sensie tej całej doliny, ma jednak i swoje minusy. Takie, że ekstremalnie wysoko postawiło poprzeczkę. Ilekroć tego lata byliśmy potem z kabakiem nad jeziorem, rzeką, basenem - to porównania wychodziły... no tak jak musiały wychodzić. "No fajnie, ale szkoda, że ten wodospad nie jest ciepły", "fajne jest zoo, ale z żółwiami wolę się kąpać niż oglądać je w akwarium", "ale płochliwe te ważki, nie można im się przyjrzeć na spokojnie", "no patrz, miejsce d... nie urywa, a taki dziki tłum"...

Fragmenty rzeczki wskazują, że wypływów mineralnych może tu być jeszcze więcej!

Obrazek

Spacerując korytem rzeki jeszcze takie baseniki namierzamy. Acz akurat dziś woda jest w nich chłodna. Może "Matka Natura" zakręciła kurek? ;)

Obrazek

Widać, że baseników w budynkach było więcej. Masę było takich małych jak wanny - pewnie używanych do różnych konkretnych zabiegów leczniczych. Teraz są puste... Zapewne woda była do nich specjalnie pompowana.

Obrazek

Obrazek

Część osady mieści się po drugiej stronie rzeki. Można tam przejść kładką lub brodem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeden budynek wygląda na zeskłotowany i ktoś się w nim gnieździ. Z okien wystają rury piecyków (zatem pomieszkują tu również w zimniejsze okresy roku). Wokół leżą różne sprzęty.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mieszkają tu chyba jacyś miłośnicy grzybków i cywilizacji pozaziemskich ;)

Obrazek

Obrazek

Inne ciekawe malunki na ścianach dawnego kurortu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ten jeden jedyny malunek wygląda jakby pochodził z czasów działania miejscowych łaźni i hoteli.

Obrazek

A tu wpadły w oczy rejestracje jednego z aut. Może tak wyglądały greckie blachy sprzed okresu totalnej unifikacji??

Obrazek

Na terenie uzdrowiska jest kilka kapliczek. Pierwsza rzuca sie w oczy już zaraz na początku, za stróżówką. Widać, że nadal jest używana i miejscowi się nią opiekują. Obrazki raczej są nowsze niż z czasów świetności kurortu, świeczki również.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Druga stoi niedaleko źródła z murkiem i jest zdecydowanie największa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Trzecia jest przyklejona do skarpy, tam gdzie przebiega betonowy chodniczek prowadzący do urwanych schodów.

Obrazek

Obrazek

Widok od strony skarpy.

Obrazek

Za rzeką jest też aleja grubych, powykręcanych drzew. Są to chyba platany, ale niektóre wyglądają jak jakieś baobaby!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Teren nadrzeczny wokół baobabów jest ulubionym miejscem biwakowym okolicznej młodzieży. Robią sobie tu imprezy z bębnami (fajna sprawa!) i z bumboksami (to gorzej...) Są miejsca ogniskowe, wymurowane grille, huśtawki nad lustrem wody. Dziewczęta kąpią się toples i piszczą straszliwie. Na szczęście my śpimy na przeciwległym krańcu osady, więc hałasy nam zupełnie nie przeszkadzają. Jest tu tyle miejsca, że każdy znajdzie coś dla siebie.

My mamy tylko jednych sąsiadów. Po przeciwnej stronie drogi para Francuzów zaanektowała jeden z małych budynków. Na balkonie postawili stolik z krzesełkami, między kolumnami wewnątrz powiesili hamaki. Przed wejściem zaparkowali kampera, który nie rzuca się w oczy, bo idealnie pasuje do wyglądu całej osady. Ma się wrażenie, że też jest opuszczony od 30 lat. Nawet jeżdżąc sporo po wschodzie, nigdy nie widziałam tak zardzewiałego i rozpiżdżonego auta. Ma też wybitnie zaburzoną symetrię - patrzysz na niego i momentalnie zaczyna ci się kręcić w głowie. Zderzak z jednej strony odpadł i wisi, a z drugiej jest przywiązany na sznurówkach. Jedno boczne okno jest rozbite w malowniczą pajęczynę i sklejone taśmą klejącą. Koła jednej strony są nieco krzywe, jakby takie kraczate na zewnątrz. Naprawdę nie wiem jak toto dało radę przyjechać z Francji - przecież to spory kawałek! Chyba siłą woli go pchają do przodu! :) Francuzi piją wino z beczki, palą zioło i pieką na grillu jakieś bakłażany. Wraz z nimi podróżują dwa szczury. Każdy ma na ramieniu jednego pupila. Nawet jak idą posiedzieć do źródła to szczurki idą z nimi! Wieczorami i porankami stoją jakiś czas na głowie. (tzn. Francuzi, nie szczury. I nie wiem gdzie wtedy są szczury ;) ) Miło mieć takich urokliwych sąsiadów. Szkoda, że to już nie te czasy, gdy ludzie lubili się wspólnie fotografować. Bo naprawde mega malownicza ferajna!

Idziemy się jeszcze przejść polną drogą prowadzącą w stronę gór. Może kawałek dalej coś jeszcze znajdziemy? Może jakieś źródełko wśród traw, o którym nie wie zupełnie nikt??

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W sumie nie znajdujemy nic szczególnego. Ale mamy bardzo udany, widokowy spacer wśród wygrzanych łąk i skał pachnących rozprażonym igliwiem, wśród cykad i macierzanki.

Wieczorem miejsce będące za dnia w miarę puste - niesamowicie ożywa. Pojawia się zintensyfikowany kwik ptactwa, że o cykadach nie wspomnę. Otaczają nas gęsto świetliki i nietoperze. Nietoperze są jakieś wielkie! Takie z dwa razy większe niż te występujące u nas! Po zmroku zaczyna się też pojawiać sporo ludzi - raczej miejscowych. Przyjeżdżają chyba po pracy na wieczorną przekąpkę.

Obrazek

Ma miejsce jedna dziwna sytuacja. Najpierw mijamy babeczkę z dzieckiem w wózku. Zwróciła naszą uwagę, bo szła wyjątkowo szybkim krokiem w stronę wyjścia z osady i emanowała od niej aura zdenerowania. Jakieś pół godziny później zajeżdża na teren auto. Hamuje z piskiem opon. Wyskakuje z niego dwóch kolesi, którzy biegną w stronę budynku z basenikiem. Trzecia pasażerka auta podchodzi do nas i pyta czy nie widzieliśmy kobiety z dzieckiem. Mówimy, że tak, owszem, że z wózkiem szła i pół godziny temu poszła o tam! Babka dzwoni do kolesi, którzy z obłędem w oczach biegają od budynku do budynku i coś pokrzykują. Kolesie wracają, wskakują do auta i na pełnym gazie odjeżdżają. Ale jaja! Ciekawe co tam się wydarzyło? Jakaś kłótnia rodzinna? Albo ta babka porwała cudze dziecko?? Chyba już nigdy się nie dowiemy! Nawet próbowałam po powrocie wpisywać po grecku "porwane dziecko koło Kavali", ale nic nie znalazłam ;)

Budzi nas buczenie pszczół w koronach drzew. Pszczoły tu też chyba mają większe! Buczą jakby pociąg jechał! Ale musi być pyszny miód z tych wszystkich lokalnych kwiatów!

Więcej o tym miejscu poczytałam sobie dopiero po powrocie. Loutra Eleutheron i jej źródła w tej dolinie ponoć były używane do celów leczniczych od czasów starożytnych. Prawdopodobnie tutaj znajdowało się starożytne miasto Apollonia, które było związane ze źródłami termalnymi. Obecna zabudowa uzdrowiskowa powstała w początkach XX wieku i przez kolejne kilkadziesiąt lat się rozbudowywała. Ze względu na duże oddalenie uzdrowiska od jakiejkolwiek zamieszkanej osady wszystko musiało tu być na miejscu. Były tu sklepy, piekarnie, restauracje, hotele, szpital. Całość ochoczo działała do lat 90 tych. Potem sanatoria popadły w kłopoty finansowe i zawiłości prawne. Teren podupadał i przechodził z rąk do rąk różnych spółek. Ostatecznie został opuszczony w 2011 roku. Przepychanki własnościowe i rozkminy jak go zagospodarować trwały jednak dalej. Takie miejsce to wielka gratka dla wszelakich inwestorów. Tu też tak było. W posiadanie terenu wszedł jakiś indyjski oligarcha - nabył całą dolinę wraz ze sporym kawałkiem wybrzeża. Prace nad gigantycznym kurortem miały się rozpocząć w 2019 roku, a w 2021 być ukończone. Projekt jednak z jakiś formalnych powodów opóźnił się o pół roku. A potem? Potem na drodze stanęła pandemia :) Indyjski biznesmen utracił płynność finansową i grecka wielka budowa odeszła na dalszy plan. Gdzieś czytałam, że całkiem splajtował i teren znowu jest na sprzedaż. Pewnie wcześniej czy później dolina i tak zostanie zniszczona i przerobiona na sztampowy światek z klocków Lego, ale zawsze dobrze jak zostanie to odsunięte w czasie.

Historia naszego pobytu w źródłach daje do myślenia... Ten sam ciąg niefajnych światowych wydarzeń, ten sam obłęd, który odebrał nam możliwość wyjazdu do solnych limanów Kuljanika czy różowego jeziora - dał szanse zobaczenia tej przecudnej, greckiej doliny. Biedne kabaczę nie popływało z delfinami w Skadowsku, ale popływało z żółwiami z rzece Marmara. Coś za coś. Loutra Eleutheron to miejsce, gdzie los pozwolił nam zdążyć. Jak to wszystko na świecie jest względne i zawsze można się doszukać zarówno plusów jak i minusów...


cdn

Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » poniedziałek 04 gru 2023, 17:07

Nadchodzi ten czas, gdy trzeba zacząć powoli jechać w stronę domu. Rano przekąpka w ciepłych źródłach z żółwiami, potem ostatnia przekąpka w morzu.

Na grecko - bułgarskiej granicy zwraca uwagę kilka zaparkowanych aut, które oględnie mówiąc są dosyć niekompletne.

Obrazek

Obrazek

Dość długi sznur tirów czeka na odprawę. Chyba muszą mieć tu czasem problemy z natarczywymi przechodniami ;)

Obrazek

Od razu widać, że wjechaliśmy do Bułgarii. Góry w gęstych chmurach, a i tu w dolinie wygląda, że zaraz lunie.

Obrazek

Gdybyśmy szukali hotelu to ten chyba całkiem rokuje - przynajmniej z tej perspektywy.

Obrazek

W rejonie miasteczka Kresna przyglądamy się skałom górującym nad łąkami i peryferyjną zabudową miejscowości.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Bułgarska kolej zawsze wzbudza miłe odczucia. Trzeba się będzie tu kiedyś wybrać i pojeździć tymi trasami!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy szosie zgrupowało się sporo sklepików i kramów, chyba głównie skierowanych do tirowców. Kupujemy tu 5 kilogramową puszkę oliwek!

Obrazek

Dużo tu też jest sklepów motoryzacyjnych. A ja szukam naklejki "Bebe w kolata" - takiej jak mieliśmy na skodusi. Wzbudza to zawsze radość u sprzedawców - może z tej racji, że to jedna z nielicznych rzeczy jakie jestem w stanie powiedzieć po bułgarsku? Zawsze pytają ile "bebe" ma lat. U jednej babki nawet wspólnie szukamy w kartonach na zapleczu. Bezskutecznie. Kiedyś były - teraz niestety nie ma.

Jedziemy też przez miasto Pernik, gdzie mamy nadzieję tak polawirować, żeby przejechać niedaleko sporego kombinatu. Z jednej strony jakieś kominy migają za gęstym lasem, z drugiej zabudowania są w trakcie rozbiórki. Jedynie ciekawy mural w oczy wpadł!

Obrazek

A w ogóle w tej miejscowości zwracają uwagę dziwne nazwy ulic - takie jak nazwy miast na bliższym lub dalszym wschodzie: Ryga, Kiszyniów, Kijów, Ługańsk, Krasnodar, Stawropol. Co ciekawe jest też Warszawa, Hawana czy bułgarska Montana (chyba że chodziło o tą zza oceanu? ;)) Ki diabeł?

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nie mieli pomysłu na nazwy - to otworzyli atlas świata, gdzie były kartki głównie z terenów byłego Sajuza? Uliczki wyglądają zupełnie przeciętnie - ot zabudowa jednorodzinna. Chcieliśmy się przejechać tą co się "Warszawa" nazywa, ale okazała się być strasznie wąska i nie całkiem utwardzona, więc odpuściliśmy obawiając się utknięcia. Tabliczki chyba i tak nie było ;)
Zapytałabym miejscowych skąd takie dziwne nazwy, ale raz że pewnie nie wiedzą i mają głęboko w poważaniu takie sprawy, a dwa, że na bank się nie dogadam na tak pokrętny temat.

Droga w stronę Slivnicy pnie się płowymi pagórkami, pokonując kolejne niewielkie przełęcze. Jak to zazwyczaj bywa w Bułgarii - horyzont jest jakby mocno nieostry.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga przeważnie jest asfaltowa, ale momentami pochodzenie uciekającego spod kół żwirku przepada już w mrokach historii. Są miejsca, gdzie środek drogi jest wyrwany przez okresowe potoki. Trzeba więc jechać "okrakiem" i toperz jest nieco na mnie zły, że znowu nas wpuściłam w maliny. A to przecież droga trzycyfrowa, więc powinna dokądś doprowadzić, a nie nagle się skończyć na skraju urwiska czy w bagnie...

Współużytkownicy bułgarskich dróg (acz w tym przypadku raczej poboczy ;)

Obrazek

Najniższy znak drogowy jaki widziałam!

Obrazek

Kareta do przewozu cegieł.

Obrazek

Dobrze strzeżony dom!

Obrazek

No i miałam rację! Docieramy do Gurguljat. Na wzgórzu nad wsią stoi ogromniasty pomnik "Matki Bułgarii", upamietniający poległych w wojnie serbsko-bułgarskiej. Zbudowano go w 1985 roku, w stulecie tamtych wydarzeń.

Obrazek

Obrazek

Wnętrze jest cieniste, wietrzne i wilgotne. Temperatura jest tu chyba o 10 stopni niższa niż na słonecznej łące nieopodal. Normalnie jakby klima działała! Nawet wali trochę takim chemicznym zapaszkiem...

Obrazek

Wnętrze pomnika wypełnia śpiew gniazdujących tu ptaków, a ściany zwielokrotniają to echem.

W cieniu wielkich ścian, pośrodku dziedzińca, stoi poważna kobieta. Owa postać ciągle mnie przestrasza, bo chodzę sobie, zaglądam tu i tam, a ona jakby się nagle wyłaniała z niebytu.

Obrazek

Obrazek

Schody na górę są strome i różowe. Zupełnie jakby dla wykonania pomnika przywieźli klasyczny tuf z Armenii!

Obrazek

Tylne schody zmieniają się powoli w gołoborze.

Obrazek

Flagi również nieco nadgryzione patyną.

Obrazek

Obrazek

Widoki z wnętrz pomnika na najbliższą okolicę.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Gurguljat jest utopione w zieleni. Szkoda, że polskie wsie tak nie wyglądają.

Obrazek

Parking przed pomnikiem. I nawet jest kibel!

Obrazek

A dalej na trasie typowo - bujna roślinność, sporo ruin (ale raczej drobnica), zamglone wzgórza, przygaszone kolory - krajobraz jak zza przykurzonej szyby. Nawet gdy okno jest otwarte.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Grecja była fajna - ale to jednak Bułgaria skradła nasze serca! I to głównie za nią będziemy tęsknić w długie, zimowe wieczory, planując kolejne wojaże :)

Na granicy spokojnie. Głębokie wykopki zakopali, więc przechodzi się bez przygód i objazdów przez garaże. Pogranicznicy zaglądają pod auto, do skrzyń, nawet pod klapę silnika. Szukają tylko przewożonych nielegalnie ludzi. Dzieła sztuki, alkohol, narkotyki, broń - jakoś tu nikogo nie interesują. Jak łeb migranta z torby nie sterczy, a ilość nóg w aucie jest zgodna z danymi w paszportach - to szybciutko jedziesz dalej.

Przed nami Serbia.

cdn

Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » piątek 08 gru 2023, 13:58

W Serbii zaglądamy na polecany nam kemping. Taki z pawiami! :) Kemping jest, pawie są, no i to na tyle. Całość chyba nie działa, choć nie wygląda też na całkiem opuszczoną. Trawa niedawno była koszona...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Stojąca obok knajpa ma kartkę "na sprzedaż".

Obrazek

Obrazek

Na kempingu nie ma nikogo oprócz rozkrzyczanych pawi, które zresztą chyba przychodzą z sąsiedniej posesji. Nie ma żadnych biwakujących czy obsługi. Stoi jednak rower, auto, jakieś stare buty. Ale kible są zamknięte a szafka na colę pusta. Łazimy, stukamy, pokrzykujemy - cisza. Dziwne miejsce. Przychodzi nam na myśl, żeby wbijac i tak - brama jest otwarta... Ale obawiamy się, że potem w nocy ktoś przyjedzie i nas wywali. Albo powie, że cena 100 euro. Lepiej jechać dalej, na nasze sprawdzone miejsce w górach nad Pirotem.

Miejsce znów jest miłe, ale zupełnie inne ze swoimi banalnymi, pogodnymi widoczkami.

Obrazek

Dzisiaj są inne atrakcje np. owce!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pasą się wokół busia całym stadem. Pasterz patrzy na nas wilkiem. Pies pasterski przypomina merdającą ogonem poduszkę. Ten to chyba z każdym wilkiem się zaprzyjaźnia, a wilk zamiast zjeść owcę przynosi mu z lasu sarnę - tak z czystej sympatii. Żona pasterza jest na szczęście bardziej podobna do psa niż do męża i bardzo chce się wdać z nami w pogawędkę. Długo próbujemy - my po polsku, ona po serbsku i mimo pewnych podobieństw nie umożliwia to dogodnej konwersacji. Mimo wszystko udaje się coś dowiedzieć. Para jest z Pirota, są na emeryturze, ale nie wystarcza im na życie więc muszą dorabiać pasterstwem. To oni wynajmują bacówkę powyżej. Mają 2 wnuczki - jedna ma 6 lat i mieszka w Belgradzie, druga ma 8 i mieszka gdzieś tu na wsi. Coś jeszcze było o trzeciej, która "nie ma lat" i tu już nie możemy rozkminić czy się jeszcze nie urodziła, czy umarła, czy gdzieś daleko wyjechała i nie mają z nią kontaktu. Jest coś jeszcze o elektryczności i bacówce. Słupy tędy przechodzą i albo mają z nich prąd albo właśnie jest jakiś problem. Albo mają ale na lewo? Babka też coś wspomina o jakimś temacie, że coś mówili w telewizji i ją to emocjonuje, ale na tym etapie poziom abstrakcji jest już na tyle wysoki, że nie ma szans na porozumienie. Nie wiem więc czy podnieśli podatki czy ufo wylądowało na autostradzie pod Belgradem? Czy może wymyślili nową epidemię jakiegoś australijskiego pleśnienia owiec? Babkę odnośnie nas interesują dwie rzeczy - kabaczek i busio. Kabaczek - ile ma lat, czy chodzi do szkoły i że ma śliczne kucyki. I że ona też tak uczesze swoją wnuczkę. Busio - ile pali, jak jeździ w terenie i ile owiec by weszło do środka. Chcemy kupić ser, ale chyba serów nie robią - tylko mleko oddają do skupu. Wełny też nie strzygą, bo jak owcy zimno to chyba daje mniej mleka (acz tego już nie jestem pewna)

Owce odchodzą. Potem na naszą zatoczkę zajeżdża Ził z drewnem.

Obrazek

Z szoferki wysypuje się chyba 5 kolesi, którzy idą do źródła. Coś do nas mówią, ale nie kumamy kompletnie nic. Mam deja vu z przełęczy Selim w Armenii, gdy własnie taki Ził był początkiem solidnej imprezy z lokalsami, z konną jazdą i prawie pieczeniem cielaka o 2 w nocy. Jakoś tak samo wjechał, tak samo słoneczko zachodziło i oświetlało płowe wzgórza. Tak samo zakazane gęby mieli kolesie wysypujący się masowo z szoferki :) Tu zabrakło jedynie ruin karawanseraju... no i porozumienia z miejscowymi...

Wieczór jest pogodny, ale od czasu wyjazdu z Grecji ciągle nam zimno. Już się tego lata nie zagrzejemy...

Obrazek

Rano znów się wszędzie wysypuja białe, beczące poduszki :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zazwyczaj omijamy duże miasta, ale tym razem się nie udało. Źle skręciliśmy, potem były jakieś objazdy i wrąbaliśmy się w sam środek Belgradu. Jak zwykle takie okoliczności łączą się z totalnym kociokwikiem. Jak to jest, że w miastach nie tylko jest więcej aut i ludzi, ale oni wszyscy zachowują się jak na jakiś prochach? Wszyscy są bardziej nerwowi i agresywni.

W oczy rzuca się kilka ciekawych budynków. Któryś jest rosochaty, onny ma kształt butelki, a jeszcze kolejny dziurę w środku.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rozważamy mijane plakaty reklamowe z osobami o totalnie przesterowanych emocjach. "Ta pani wygląda jakby usiadła na jeżowcu" - kwituje kabak. "Chyba się więc jej nie podoba ta nowa sukienka?"

Obrazek

Obrazek

Zwracaja uwagę też dachy mijanych wieżowców. Ciekawe czy w tych rosochatościach na dachu też ktoś mieszka? Bo wyraźnie jakieś pomieszczenia tam są. A te konstrukcje z metalu to już całkiem nie wiem do czego miały służyć - czy to radar czy instalacja artystyczna ;)

Obrazek

Obrazek

Mniej lub bardziej udane próby wydostania się z miasta nas na tyle wymotały, że już nie mamy ochoty za bardzo nic zwiedzać po drodze. Może innym razem. Walimy już prosto na północ. Mija nas sporo wojskowych kolumn.

Obrazek

Na jednej ze stacji benzynowych udaje się namierzyć lody, których już nie jadłam ładnych parę lat. Kiedyś często można je było kupić na wschodzie - potem jakoś zniknęły, już myślałam, że przestali produkować. Charakteryzują się tym, że mają smak zupełnie jak mleko prosto od krowy. Nie wiem co za dziką chemię tam wsypują, że wręcz widzisz tą łakę, koniczynę i liczne krowie placki, a w uszach dudni muczenie. W tym przypadku uśmiechnięta krowa na papierku jest jak najbardziej na miejscu.

Obrazek

Urzekł mnie też bagażnik sąsiada z parkingu. Pasowałby taki na busia! A w razie czego drewno na opał zawsze pod ręką ;)

Obrazek

Banja Pacir to znowu nasza wiata i deszczowy klimat poranka.

Obrazek

Obrazek

Chmury to dzisiaj są mega ciekawe. Ufo chyba uznało, że w takiej ulewie to mało kto w niebo patrzy i nie opłaca się za bardzo maskować ;)

Obrazek

Dziś zwiedzamy też kolejne wiaty - wręcz chatki, które sobie tu pobudowali wędkarze. Całkiem z rozmachem podeszli do tematu!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Podziwiamy typowo serbskie litery alfabetu - te z krzyżami, które kojarzą mi się z jakimiś starymi cerkiewnymi księgami.

Obrazek

Obrazek

Kabak dzielnie notuje wszystkie nieznane litery, próbuje się ich uczyć i czytać mijane napisy. Bardzo się jej podobają te litery, które mają inne kształty niż nasze, a niezmiernie wkurzają te, które wyglądają tak samo, a inaczej się je czyta.

W Topoli to już przegięli z ilością nazw dla mniejszosci. Pięć??? Ciekawe czy gdzieś mają więcej?

Obrazek

Przed lokalnym kościołem Jezus nie wisi sam, ale w otoczeniu towarzyszy niedoli. Chyba pierwszy raz widzę takie "zgromadzenie".

Obrazek

Fajny jest też traktor - nauka jazdy! :)

Obrazek

Instruktor chyba jedzie za nim osobówką i przez słuchawki nawija jakieś porady. Acz z tego wynika, że gaz i hamulec są wyłącznie w rękach kursanta...

Obrazek

Na węgierskiej granicy stoimy chyba z dwie godziny. Serbowie puszczają szybko - nawet nie sprawdzają czy spomiędzy bagażu nie wystaje jakaś nadprogramowa ręka. Węgrzy zaś się kompletnie nie spieszą, a na godzinę w ogóle zawieszają odprawę. Chyba dlatego, że coś się pali - widać dym. Kilka osób biega z gaśnicami w ręku i coś pokrzykuje, inni stoją i dłubią w zębach. Zapalił się kosz na śmieci. Pewnie ktoś peta wrzucił... Jak to palenie ma zgubne efekty - kolejka utworzyła się po horyzont!


cdn

Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » sobota 09 gru 2023, 21:17

Myślałam, że z Węgier nie będę miała nic do opisania. A tu niespodzianka! Zdawało się, że busio tym razem nie będzie kaprysił, ale jednak postanowił ubarwić nam wędrówkę. Węgierskich mechaników nie mieliśmy póki co jeszcze okazji poznać - byli już w naszej historii mechanicy rumuńscy (busio), serbscy (skodusia), ukraińscy (skodusia), mołdawscy (skodusia), estońscy (busio), łotewscy (misiek), litewscy (misiek), gruzińscy (skodusia). Ale Węgra ani pół!

Od początku wyjazdu (pomni na zeszłoroczne doświadczenia) jesteśmy nieco przewrażliwieni na dziwne dźwięki wydawane przez busia, ze szczególnym uwzględnieniem busiowych kółek. Ciągle nasłuchujemy. Nieraz wydaje się nam, że już już piszczy łożysko jak rok temu - a tu okazuje się, że nie przestaje piszczeć jak busio stoi, a dźwięk ma źródło gdzieś na drzewie i co ciekawe ma skrzydełka i dziubek. Nieraz atak paniki wywołuje jakaś bogu ducha winna cykada lub jakieś inne temu podobne stworzenie, które generuje odgłosy dla nas na tyle nietypowe i niecodzienne, że ucho wyławia je z krajobrazu. Poza tym łożyska busiowe powinny się nie rozpaść - na wszelki wypadek zostały wymienione przed wyjazdem na nowe (wraz z innymi elementami, które działały, ale były podejrzenia, że wymiana przedłuży im okres niezepsucia)

A tu nagle na węgierskich dróżkach lewe kółko zaczyna ewidentnie popiskiwać przy skręcaniu, a niedługo potem co gorsza pocykiwać regularnie i nieprzyjemnie metalicznie. Kiedyś pewnie byśmy to zignorowali (a za czasów skodusi w ogóle nie zarejestrowali). Ale teraz mamy obawy z racji na pakiet z lekka przerażających, zeszłorocznych wspomnień. Szukamy mechanika więc juz - teraz - natychmiast. Sprytnie zabraliśmy zapasowe łożyska, coby nie było problemu gdzie zamówić części. Pada na miasteczko, którego nazwę ciężko wymówić - Mosonmagyaróvár.

W czasie drogi do miasteczka powstają piosenki na znane melodie:
"Jadę, jadę w świat busiami, busie piszczą łożyskami pi pi pi, pipi pi, pi pi pi"
"Koła autobusu piszczą wciąż przeeez caaały dzieeeń!"

Zajeżdżamy pod jeden warsztat, ale od razu kierują nas do drugiego, bo ten to ponoć "klub" - jedynie dla posiadaczy ważnej legitymacji.

Obrazek

Drugi to tylko wulkanizator. Trzeci niby jest machanikiem, ale oświadcza, że nie ma miejsc i najszybciej to za tydzień.

Obrazek

Na szczęście pracuje tu jeden miły chłopak (z ciekawym tatuażem przelewających się przez rękę zegarów), który się przejął naszą sprawą. Obdzwania inne warsztaty w mieście i nigdzie nas nie chcą. Wszędzie mają klientów pod korek i ani pół minuty wolnego czasu. Nie ma wolnych "wind" - specjalistycznych podnośników, nie ma możliwości wyprowadzić innych aut z hali. To, że wiemy co się zepsuło i nawet swoje części mamy - w żadnym stopniu nie pomaga w negocjacjach... Jak to jest, że gdziekolwiek by się człowiek nie ruszył to brakuje mechaników? I jak to jest, że w takiej sytuacji nie podnoszą cen swoich usług albo nie powstają kolejne warsztaty? Wydawałoby się, że prawa rynku powinny tak działać - ale jak widać tym sektorem rządzą zupełnie inne zasady...

6 warsztatów w miasteczku nas nie chce. Nie ma szans. Nie i koniec. Nie ma szans na żadne negocjacje. Nie i już.

W końcu sympatyczny chłopak (ten z płynącymi zegarami na łapie) dzwoni do jakiegoś wioskowego majstra, który jest ponoć kuzynem wujka kolegi z wojska. Wprawdzie on nie ma warsztatu, na codzień zajmuje się inną branżą, ale coś niecoś na autach się zna, więc można spróbować. Ten się zgadza. Cóż nam pozostaje - czekać. Przyjedzie za kilka godzin jak skończy ogarniać jakieś swoje sprawy.

Zwiedzamy okolice warsztatu. Zakład samochodowy przechodzi w warsztaty naprawy traktorów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Cały okoliczny teren zawiera ogromne ilości hal o nieznanym nam przeznaczeniu. W jednym jest np. jakieś archiwum. Długie rzędy regałów ze starymi papierami. Są też wielkie betonowe place, jakieś suwnice, stare latarnie.

Obrazek

Obrazek

Tabliczki klasyczne - o zagrożeniu pożarowym, naprawa pojazdów, warsztat itp.

Obrazek

Obrazek

Co zwraca naszą uwagę - że węgierski to chyba jeden z niewielu języków, gdzie wystepuje zapis "sz" jak po polsku. W innych językach, nawet bardziej podobnych do polskiego, zazwyczaj jest to zapisywane inaczej.

Sporo aut rozsianych po placach wygląda jakby nie doczekało się swojej kolejki do napraw. Cierpliwości im starczyło, ale widać mechanicy naprawdę nie mieli czasu (lub ochoty) ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po krzakach wala się sporo różnych mechanicznych bebechów.

Obrazek

Obrazek

Docieramy też w sektor tysiąca opon. Są wśród nich też takie gigantyczne - chyba od Bielaza! ;)

Obrazek

Obrazek

Idziemy też połazić po miasteczku.

Obrazek

Zawijamy na naddunajską plażę, gdzie mimo upalnego dnia nikt się nie kąpie. Przez zarośla widać wyspy, gdzie stoją jakieś rybackie domki.

Obrazek

Zaglądamy do knajpki z dachem z winorośli.

Obrazek

Obrazek

Pierwszy raz widzę plac zabaw zacieniany w ten sposób.

Obrazek

Obrazek

W końcu, chyba po 5 godzinach, zjawia się nasz wybawca - a raczej jest ich dwóch. Nazwaliśmy ich "piraci". Wyglądają jakby właśnie nawiali z pierdla. Jeden jest mały, sięga mi chyba do ramienia. Ma wielki złoty kolczyk w uchu, na głowie chustkę w kolorowe czachy i tatuaż krzyża na pół nogi. Drugi jest wielki, zwalisty i mocno kuleje. Porusza się jakby miał drewnianą nogę. Sa nierozłączni i zdają się tworzyć jakby jeden organizm. Śmiejemy się, że jeden dobrze tarasuje drogę i leje po mordzie, a drugi ucieka z łupem i znika w mysiej dziurze.

Wspomnę jeszcze, że wszystkie "rozmowy" z rozlicznymi mechanikami, również z miłym kolesiem od pływających zegarów, były prowadzone za pomocą translatora w ich komórkach, no bo z Węgrami znającymi wyłacznie swój język to raczej szans na porozumienie nie ma żadnych. A nie przepraszam! Był jeszcze Wiktor - też z tego zakładu przy traktorach. On dobrze mówił po angielsku. Przedstawił się grzecznie, zapytał co słychać, przejrzał się w szybie busia przyczesując idealnie wypielęgnowaną brodę i powiedział, ze nam nie pomogą ani dziś ani jutro, bo u nich w mieście to do mechanika trzeba na zapisy przynajmniej miesiąc wcześniej. Jego mina sugerowała, że trzeba się też kłaniać w pas i przynosić podarki.

Piraci zdają się nie popierać nowoczesnych rozwiązań komunikacji międzyludzkiej. Mały patrzy na kuzyna swojego wujka kumpla z wojska z dezaprobatą, gdy tamten podsuwa mu pod nos telefon, a Duży spluwa kilkakrotnie z odrazą na pobliski krawężnik. Pozostają więc tylko gesty. Mały pisze nam cegłą na betonie, że będą chcieli od nas 100 euro. Duży mówi "kam kam mister" i pokazuje, aby za nimi jechać. Jedziemy gdzieś opłotkami i wądołami na obrzeża miasta. Parkujemy na poboczu drogi.

Obrazek

Obrazek

Mały wynosi narzędzia i rozkłada na chodniku. I jakoś żadnej pieprzonej "windy" nie trzeba. Podnoszą busia na dmuchanej poduszce i zabierają się do pracy.

Obrazek

Ja wiem, że do kuchni się nie zagląda, ale co u licha w czasie wymiany łożyska się tnie kątówką aż iskry lecą??? Co się wali młotem i kopie z całej siły?? Ale robota jest zrobiona w niecałą godzinę. Jeszcze jazda próbna po ulicach miasteczka. Nie zgrzyta, nie piszczy, nie cyka. Więc chyba ok? Ale czemu poprzednie łożysko szlag trafił po 3 tys km? Chyba powinno dłużej wytrzymywać?

No i wieczór się zrobił. Śpimy niedaleko - nad Dunajem koło wsi Lipot. Bardzo przyjemne miejsce, które wyczailismy już rok temu.

Obrazek

Dunaj ma tutaj niesamowity kolor - zielony i taki jakby trochę mleczny, a trochę fosforyzujący.

Obrazek

Obrazek

Zdjęcie z tablicy na brzegu obrazuje jak malowniczo rozgałęziony jest Dunaj w tych okolicach.

Obrazek

Pewnie jeszcze niedawno pływano tu takowymi łodziami po owych, dunajskich rozlewiskach. Teraz trafiły na kwietnik.

Obrazek



cdn

Posty: 2933
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: buba » niedziela 17 gru 2023, 14:47

Kolejnego dnia dojeżdżamy do Czech. Okolice Brna. Hostenice. Planujemy spać na parkingu za kompleksem sportowym, koło budki z piwem. W nocy powinno być pusto. Bardzo przyjemny bar. Coś jakby kiosk ruchu z dawnych czasów.

Obrazek

Opiekun knajpki pyta nas czy tu nocujemy. Gdy potwierdzamy, prowadzi nas w inne, o niebo fajniejsze miejsce! Gruntowa droga wspina się pod górkę. Stoi tu leśna scena i sporo różnistych budek biesiadnych. Widać miejsce służy na imprezy czy festyny.

Obrazek

Obrazek

W największej z wiat jest niesamowita akustyka, z jakby potrójnie odpowiadającym echem, ale słychać to tylko w jednym rogu. Miejsce bardzo się spodobało kabakowi. Wręcz nie chce stąd wyłazić.

Obrazek

Wieczorem oczywiście ognicho! Nie paliliśmy ich za dużo na tym wyjeździe - w Bułgarii było zazwyczaj za mokro, a w Grecji za sucho ;) A poza tym tu mamy dużą większą potrzebę wieczornego podgrzewania się. Koniec czerwca, a bardzo ciepło to nie jest w tych północnych krajach. I cykady jakoś nagle zniknęły :( Na Węgrzech jeszcze coś gdzieniegdzie grało po krzakach...

Obrazek

Obrazek

Rano ruszamy w teren - w poszukiwaniu jaskiń. Okolica jest tu dosyć wąwoziasta.

Obrazek

Pierwsza na naszej trasie jest jaskinia Netopýrka. Wejście do niej sprawia wrażenie sztucznie zrobionego - takie równo ucięte.

Obrazek

Obrazek

Składa się z kilku korytarzy. Ponoć którymś z nich można dotrzeć do podziemnego strumienia, ale nam sie to nie udało. Pewnie to któryś z tych "czołganych".

W tych łatwo dostępnych częściach jest sporo miłych dla oka nacieków, utrzymanych w kolorach bieli i rudo-brązów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Do jaskini Hynštovej nie wejdziemy, bo jest za bardzo pionowa. Szyb obudowany drewnem wali się w dół jak studnia i mocno wieje chłodem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Jaskinia Pekárna ma wielkie wejście i w sporej jej części można by łazić bez latarki.

Obrazek

Do zdjęć trzeba jednak trochę podoświetlać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nacieków jest tu raczej mało, ale mają za to bardzo ciekawe dziury w suficie - duże i okrąglaste!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jaskinia jest zamieszkana - przez bardzo dorodne i liczne pająki.

Obrazek

Obrazek

Dla mnie najbardziej przerażające są kokony. Wisi sobie taki balonik i nagle jak podchodzisz zaczyna podskakiwać - jakby coś chciało z niego wyskoczyć! brrrr...

Obrazek

Polowanie na pajęcze cienie. Chyba je to wkurza, że ktoś im świeci w oczy. Ale czego się nie robi dla sztuki! :P

Obrazek

Obrazek

Porosty? Czy ktoś farbka namalował?

Obrazek

Acz chyba największą atrakcją tej jaskini są korzeniowiska przed wejsciem! :)

Obrazek

Obrazek


Jaskinia Drátenická ma mocno idustrialny klimat. W czasie II wojny światowej znajdowała się tutaj niemiecka podziemna fabryka. Po wojnie jaskinie użytkowały czeskie wojska. Wejścia, podłogi są powzmacniane betonem, co miejscu nadaje nieco bunkrowej atmosfery. Obecnie jest pozamykana, acz obiło mi się o uszy, że czasem jakaś dobra dusza otwiera kraty czy pancerne drzwi, więc można mieć szczęście. Widziałam zdjęcia ze środka tych, którym się udało. Podchodzimy więc do jaskini z pewną dozą nadziei.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Niestety mimo pewnych podpowiedzi nie udaje się tego dnia odnaleźć nic otwartego. Wnętrza podpatrujemy jedynie przez otwory w kratach czy drzwiach. A wyglądają rokująco...

Obrazek

Obrazek

Miejsce odrobinę przypomina jaskinię Czavdarską ( https://jabolowaballada.blogspot.com/20 ... garia.html ) z zeszłorocznego wypadu do Bułgarii.

Pobliska jaskinia Vypustek mało nas interesuje, bo tu się łazi z przewodnikiem. Ale mają sklep z pamiątkami! Kupujemy więc chustki w nietoperze, lody no i stylowe naklejki na busia! :)

Obrazek


Ostatnia jaskinia na naszej trasie to Jáchymka. Są tu ponoć 3 poziomy - i faktycznie jest gdzie połazić! Są i jasne, i ciemne fragmenty. Są wąskie przejścia i szerokie, przestronne komory. Są ciekawe nacieki, w sporej części przywodzące na myśl skrzydła nietoperzy i smoków. Są otwory przypominające paszcze - takie co zjadają nieostrożnych wędrowców. Co chwilę znajdujemy jakiś nowy korytarzyk, gdzie jeszcze można zajrzeć, zjechać na tyłku i ubabrać się w błocie. Z niektórych, zwłaszcza tych idących w dół, ciężko się wykaraskać bo są mokre i śliskie jak diabli. To jest idealna jaskinia dla nas. Praktycznie bez trudności, zgubić też się nie da, ale na tyle przestronna i rozgałęziona, że można się tu trochę poczuć jak prawdziwy łazik jaskiniowy (przy okazji nie ryzykując nic więcej jak brudne portki i walnięcie się w łeb o zbyt nisko wiszący sufit ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na jednej ze ścian wisi dosyć dziwny artefakt - lustro umazane kolorową farbą. Z daleka myślelismy, że to kapliczka.

Obrazek


Na ostatni nocleg tego wyjazdu zatrzymujemy się już przy samej polskiej granicy - nad jednym z ulubionych kamieniołomów koło Żulovej. Kąpieli niestety nie zapodajemy - chłodno, deszczowo...

Obrazek

Dobrze, że półgodzinne okno pogodowe umożliwiło nam upieczenie obiadokolacji - zjadalismy już niestety w busiu, pod stukot tysięcy kropel.

Obrazek

Obrazek

Ale nie możemy narzekać! Trochę się na tym wyjeździe wygrzaliśmy, znaleźliśmy trochę słońca, lata i prawdziwych upałów! :)


KONIEC

Posty: 1305
Rejestracja: piątek 30 paź 2020, 09:37

Re: Na południe - śladem ciepłych źródeł (2023)

Postautor: smar » niedziela 17 gru 2023, 17:57

Kapitalnie! Bardzo zazdroszczę Wam tych jaskiń w Czechach :(
Co prawda byłem tam na wycieczce ale zwiedzałem akurat te które Wy żeście omijali - Punkvy, Propast Macocha, Katerinska, Balcarka.
Trzeba będzie tam jeszcze raz pojechać - tym razem nie z wycieczką ;) :mrgreen:


phpbb 3.1 styles demo

Wróć do „Pamiętnik Włóczykija”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość