Wśród wąwozów i płonących gór czyli Armenia 2017

W dziale tym znajdują się opisy, zdjęcia oraz reportaże z wypraw i wycieczek
Posty: 1955
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Wśród wąwozów i płonących gór czyli Armenia 2017

Postautor: buba » środa 18 paź 2017, 19:36

Kilka kilometrow od Artika jest klasztorek Hariczvank. Składa sie na niego sporo budynkow. Sa jakies pietrowe pomieszczenia mieszkalne mnichów, gdzie przechadzają sie takowi w powłóczystych szatach a za nimi parami idą chlopcy w wieku 10-12 lat. Wyglada jakby byla tu jakas szkoła czy inne młodzieżowe zajecia dodatkowe.

Na skraju wąwozu stoi koscioł.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zaraz przy nim są pofalowane skały, groty, jakby mini skalne miasto!

Obrazek

Obrazek

Filar porowaty jak pumeks.

Obrazek

Ciekawy desen kopuły od spodu.

Obrazek

Jest tu tez dosc nietypowy obraz. Matka Boska z dzieciątkiem, ktore trzyma w objęciach krzyz. Obok zestaw “zrób to sam”, podobny jak na płaskorzezbie z Wrocławia- młotek, bicz itp. Dziwi mnie jednak miotła i to cos, co lezy przy dole krzyza. Tarka? Kratka odpływowa? ;)

Obrazek

Jedna z zewnetrznych rzezb mnie lekko przeraza. Dokladnie taki sam mutant śnił mi sie dzis w nocy! Identyczny! A ja malowałam go farbką na niebiesko.. Głupi sen, o ktorym szybko zapomniałam. Ale teraz na widok tej płaskorzezby zrobiło mi sie zimno.. Kilka razy w zyciu mialam juz taka dziwna sytuacje, ze śnił mi sie jakis przedmiot albo zdarzenie, a w najblizszym czasie spotykam to na zywo. Niby nic takiego bo zawsze dotyczy to zupelnie nieistotnych pierdół.. Ale jednak zawsze jakos tak dziwnie...

Obrazek

Tu chyba byla jakas przeróbka. Ci dwaj kolesie zazwyczaj trzymają w rekach mały kosciółek a nie obraz!

Obrazek

Tutejszy klasztorek jest znany glownie za sprawą małej kapliczki na słupie. Bez wspinaczki po skale nijak nie mozna tam wleźć. Nie jest to jednak zadna pustelnia jak np. gruzinskie Katskhi. Kapliczka ponoc stała sobie niegdys normalnie a skała odłupała sie w wyniku trzesienia ziemi.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wies podchodzi pod samo urwisko.

Obrazek

U podnoza klasztoru jest oczywiscie biesiadka.

Obrazek

Mamy okazje przygladac sie przygotowaniom do imprezy. Kilkunastu starszych panow zajechało tu ładami i zaczynają wyładowywac drewno, mięsiwa, napoje. Szczegolnie robi wrazenie jeden stareńki dziadek bez nogi. O dwóch kulach, z siatką pełną oranżady sprawnie i w mgnieniu oka pokonuje urwisko, osypujace sie kamienie, stromą sciezke. Ja tam chwile wczesniej sie poślizgnełąm i zjechałam na kuprze a on nie! Szok!

Gdzies w wąwozie miała tez byc kaplica w grocie. Kręcimy sie chwile po okolicy, ale znajdujemy jedynie wnęke z wyraznie wyrzezbionym krzyzem.

Obrazek

Obrazek

Slyszelismy, ze jest tu tez jakas zruinowana cerkiewka na cmentarzu. Miejscowi prowadzą nas na cmentarz, ale ze swiatyni zostala tylko podmurowka. Czy to jest to miejsce, ktorego szukamy? Nie wiem. Innego nie udało sie znalezc.

Obrazek

Wiele nagrobków jest tu dosc sporych, o ciekawych kształtach. Zmarli tez nie mogą narzekac na brak widokow.

Obrazek

Obrazek

W oddali majaczą jakies spore ruiny. Nie chcialo juz sie nam tam podejsc.. Bylo gorąco, plecaki wbijały w ziemie, woda sie nam konczyła...Ogolnie zwyciezylo lenistwo... A teraz troche mi żal...

Obrazek

Z Haricz wracamy do glownej szosy. Mijamy typowy znak drogowy. Stoi on jednak w srodku pola, z dala od drogi, nie mowiac o skrzyzowaniu. Ciekawe co na nim napisali? Ze mandat 50 tys. dram jak sie nie ustapi pierwszenstwa stadzie cykad? ;)

Obrazek

Do Saralandż idziemy piechotą główną szosą. Trasa totalnie do dupy bo trzeba cały czas isc rowem- tak śmigaja auta. Nie łapiemy stopa. Nie da sie, choc ruch jest dosc spory. 4 na 5 aut to oznakowane taksowki, pozostałe to niejawne taxi, albo auta wypełnione po brzegi ludzmi i towarem. Mają jakis zlot czy jak? Naliczylismy chyba blisko setki taksowek. Na szczescie to tylko 5 km.

Gdy docieramy pod sklep to jest kolejny dramat jednostki- nie ma piwa. Gdzie mysmy trafili???? Kupujemy wode a babka sklepowa przynosi nam na pocieszenie mrożone kawy w zaspawanych kubeczkach. Nie wiem czy mamy takie zniesmaczone miny od tych taksowek i braku piwa? Bo mowi “to dla was- zebyscie miło wspominali Saralandż” :) Chyba piąty raz taka kawe pijemy i zawsze wiąże sie z jakims miłym kontaktem z miejscowymi. Pilismy ją w Kapan na ławce pod blokiem z Tadżykiem, z rodzinką, ktora nas zabrała na nocną wycieczke do Meghri, z Arsenem w opuszczonej, zaminowanej wsi pod Karwaczarem, zagryzajac jabłkami i z operatorami tamy pod Armaghanem w czasie zbierania ryb. Jakby los chciał mnie zmusic do polubienia tej kawy. Wlasnie tu, pod tym sklepem uswiadamiam sobie, ze juz nie pije jej na siłe, tak jak poprzednio- bo w tej sytuacji wypada. Przy pierwszym łyku stają mi przed oczami wszystkie poprzednie “kawowe” sytuacje z minionych lat i gęba sama rozciąga sie w uśmiechu. Nie lubie kawy ale ta, w podarku od serca, sączona w cieniu wsrod upalnej stepowej wsi - smakuje naprawde wybornie. Moze i dobrze, ze nie mieli tu piwa?

Obrazek

Pożegnawszy sklep suniemy dalej przez wies. Spotykamy tu gromadke gówniarzy upierdliwych jak muchy w przedburzowe popołudnie. Jezdza wokol nas na rowerkach, glupio sie smieją, hamują na centymetry od nas, specjalnie kurzą, próbują rzucac w nas żwirem lub ciągnac za plecaki. Przypuszczalnie gdyby pierwszy dostał w łeb to reszta by natychmiast straciła odwage i znikneła w oka mgnieniu. Ale pewnie by zaraz była chryja “turysci pobili dziecko”. Najgorszą rzeczą jest przekonanie o swej bezkarnosci. I te skurwysynki dokladnie o tym wiedzą. Na szczescie jeden z taksowkarzy sie zatrzymuje i spuszcza im taki opierdziel, ze bez slowa wracają do domow. Nie wiem czy byl to ktos z ich rodziny czy tylko sympatyczny czlowiek, ktoremu jestesmy naprawde bezgranicznie wdzieczni. Mozemy kontynuowac marsz w ciszy, spokoju i przyjemnej atmosferze.

Na obrzezach wsi jest nasz skręt w strone gór. Stoją tu jakies stare tablice, na ktorych były napisy i symbole z poprzedniej epoki. Tak jak symbol nie pozostawia złudzen to napisy juz nie są czytelne. Przynajmniej dla nas. Moze ktos potrafi odczytac? Wyglada jak jakas reklama czy tablica kierująca do kołchozu lub osrodka wczasowego dla pionierow? ;)

Obrazek

Obrazek

cdn

Posty: 1955
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Wśród wąwozów i płonących gór czyli Armenia 2017

Postautor: buba » piątek 20 paź 2017, 18:34

Dzisiejszy plan zakłada dotarcie nad jezioro Mantasz. Jest to sztuczny zbiornik polozony na polnocny-zachod od Aragaca. Najchetniej bysmy tam dojechali stopem, bo jak slusznie przypuszczamy trzeba bedzie drałowac pod gore. Droga odchodzi na obrzezach wsi Saralandż i wyglada zupelnie nie po ormiansku. Jest z bruku. Pierwszy raz tu taką widzimy. Droga jakby zywcem przeniesiona z Dolnego Śląska czy lubuskich wiosek. Jak nasze ulubione wyboiste drogi wijące sie polami w rejonie MRU.

Obrazek

Obrazek

Rozsiadamy sie wiec na poboczu i czekamy. Czekamy. Czeeeeekaaaamy. Nic nie jedzie. Nic. Zero. Kurde, nawet rower czy osioł. Kompletnie nic. Mija godzina. Trzeba isc jesli nie chcemy tu zakwitnac i zapuscic korzeni.

Obrazek

W oczekiwaniu towarzyszy nam krzywy pomniczek. Zastanawiamy sie czy szybciej przyjedzie jakies auto czy pomniczek sie zawali ;)

Obrazek

Po drodze są rozne poidła i stada, ktore sie tam poją- owce, krowy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mijamy budyneczek. Na nocleg sie jednak nie nada- chyba ze warunki na zewnatrz bylyby na tyle niesprzyjajace, ze sąsiedztwo kilku dorodnych, roznokolorowych kup nie byloby problemem ;)

Obrazek

W dole widac inne ruinki, chyba wykorzystywane obecnie jako mieszkanie dla owiec.

Obrazek

Droga wije sie zakosami pod gore, widoki sa coraz ladniejsze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na jednej z przydroznych kęp spotykamy dziwne owady. Wyglada to jak skrzyzowanie pszczoły z nietoperzem i kolibrem. Ma z 5-10 cm dlugosci, spija nektar długą trąbką a jego skrzydła wydaja dziwny świszczacy dżwiek. Jak po powrocie udalo mi sie dowiedziec jest fruczak gołąbek. Długo obserwujemy te niecodzienne dla nas żyjątka. Ponoc w Polsce to tez mozna napotkac, acz nam nigdy sie nie udało.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu tez oczywiscie musi byc spalona góra. A jakze. Obowiazkowy krajobraz tegorocznej Armenii.

Obrazek

W oddali na jednej z gor widzimy budyneczek na szczycie. Chyba malenki kosciolek! Poczatkowo mamy zamiar tam isc jutro, majac w pamieci wyjatkowo klimatyczny nocleg w takim miejscu w gruzinskiej Dżawachetii.. Jednak po dluzszym namysle odpuszczamy tym razem- ze wzgledu na strach przed pozarem...

Obrazek

Juz niedaleko jeziora napotykamy bacowki- wagony. Pierwsza z nich nalezy do Liowy i Rozy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obok bacowek jest poletko uprawne, ogrodzone całymi autami tzn ich karoserią. Ponoc wszystkie z nich dojechaly w te gory o wlasnych silach i tu dokonały zywota. Nikt złomu tu nie woził. Dlaczego kilkadziesiat aut akurat tu postanowilo wydac ostatnie tchnienie? Jakos temat rozmowy zakreca w inna strone i do tego juz nie dane nam bedzie wrocic. Szkoda, bo rokowało jako ciekawa i tajemnicza historia. Cieszymy sie, ze dotarlismy tu piechotą i nie ma z nami tym razem skodusi. Bo bysmy sie o nią bali ;)

Obrazek

Strachy na wroble maja tu takie, ze ja bym sie tez wystraszyla przechodzac obok wieczorową pora ;)

Obrazek

Wraz z pasterzami spedzamy sporo czasu w przyczepie. Na stole ląduje domowy samogon i kupe pysznego żarcia. Ilosc i roznorodnosc jedzenia naprawde robi wrazenie. Pewnie wiele osob widzac bacowki wysoko w gorach by powiedzialo: “ale oni tam biednie zyją”. Zaręczam, ze wiele bogatych, zagonionych, z wielkich miast - tak sie smacznie, zdrowo i obficie nie odżywia! Mają tu kilka rodzajów sera, wędzonych mięs, ryb.. O owocach, warzywach i alkoholach juz nie wspomne...

Obrazek

Liowa akurat trzyma tylko krowy- ale za to sporo, sztuk chyba z 70. Bacowka jest sezonowa, jesienia zbierają caly majdan i schodzą w doliny.

Jeden z synow Liowy sluzy w Karabachu jako ochotnik. Twierdzi on, ze zycie prawdziwego Ormianina wlasnie tak powinno wygladac- obrona wysunietych na wschod placówek i walka o kazdy metr ziemi. Sporo wiec rozmow z gospodarzem dotyczy polityki, wojennych losow i ekspansji islamu.. Drugi syn ma mniej patriotyczne nastawienie- wyemigrował do Ameryki. Mieszka w dzielnicy gdzie sa sami Ormianie. Mają tam swoj kosciół, chaczkary i pieką lawasz. A wokol sa góry. Wszyscy mają prace, pieniądze i nie mają wojny. Ten taką Armenie wybrał. Liowa szanuje wybór obu synow, ale raczej ich nie rozumie. On teskni za Armenia w takim ksztalcie jak z czasow jego młodosci. Gdy wszyscy mieli prace, pieniedzy nie za duzo ale starczało na życie, a z Azerami zyli w zgodzie.

Liowa ma dwa psy, ktorych bardzo sie boimy. Przed gospodarzem czują respekt, ale słuchają go tylko gdy jest blisko. Gdy tylko sie oddali na 10 metrow w ich oczach pojawia sie jakis wilczy błysk. Jakis zew wolnosci i buntu- “czlowiek mi nie bedzie mowil co mam robic- i jak mam ochote użrec turyste- to go użre!!”

Potem pojawia sie pierwsze auto od rana. Jedzie rodzina Liowy, ktora mieszka kawałek dalej- nad samym jeziorem. Jest to caloroczny dom opiekunów tamy.

Obrazek

Gospodarz mieszka tu z zoną i dwuletnim synkiem. Zona pochodzi z Ukrainy, z Zaporoża. Synek ma na imie Dawid i strasznie przypomina mi kabaczka. Tez ma czarne oczka, jasną czupryne, rozwłócza ubrania po całym domu i uwielbia grac w kuku :) Gospodarz dzis akurat zajechał z cała ekipą. W tym domu dla odmiany pija sie koniak. Troche nam głupio, ze przy stole usługuje nam owa Ukrainka, ktora jest chyba w 7 miesiacu ciąży. Chce jej pomóc w kuchni- ale gospodarz szybko mnie usadza- jako zagraniczny gość jestem na prawach mężczyzn. Coz zrobic- takie mają tu zwyczaje. Ale czy nalać mi koniaku to sie jednak pytają toperza ;) Zwraca tez uwage obecnosc innej, starszej kobiety. Jest ona otoczona przez facetow sporym respektem i cały czas siedzi z nami. Praktycznie to z nią głownie gadamy. Nie wiem kim ona jest dla gospodarza.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na scianach mają tu duzo zdjec z roznych imprez, wiec czuje sie troche jak w domu ;) Mają tez smutniejsze akcenty np. zestaw zdjec poleglych w Karabachu, w tym ojca gospodarza… Rozmowa przy stole nie do konca sie klei, bo gospodarz glownie rozmawia ze znajomymi, ktorych przywiózł. Rzecz jasna rozmowa toczy sie po ormiansku i nijak nie mozemy sie do niej włączyc. Nasze uczestnictwo glownie ma polegac na jedzeniu (a juz od Liowy prawie wytoczylismy sie jak dwie kule napelnione smakołykami) i piciu koniaku, coraz bardziej nalewanego od serca. Początkowo proponują nam nocleg w przybudowce przy domu (co jest calkiem niezlym pomysłem). W miare oprozniania kolejnych kielichow dowiadujemy sie, ze jednak bedziemy spac w domu, w ich łóżkach, a pic bedziemy do północy. Dochodzi chyba siedemnasta. Kazda taka deklaracja spotyka sie ze zmęczonym wzrokiem ukrainskiej żony, ktora co chwile donosi kolejne koniaki. Wiadomo tez kto bedzie ścielił łozka… Nie chcemy naduzywac goscinnosci. Udaje nam sie wywinac od dalszego oprozniania kielichów. Wyglaszam mowe o naszej opetańczej miłosci do przyrody, dzikich gór, noclegów na chłodnych stepach wsrod szakali i planowanym od lat noclegu z widokiem na Aragac. Łykneli. Nie będą na nas źli. Zobowiązuja nas jedynie stawic sie na poranną odprawe. Ukrainka po raz pierwszy sie do nas usmiecha…

Idziemy spac na pobliską górke, gdzie upatrzylismy sobie ruinke. Na widoki tez nie mozemy narzekac.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nasz domek na dzisiejsza noc!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Oprocz budyneczku jest tu kolejna bacówka- namiot. Koło niej kręci sie młody chłopaczek, ktory szuka swojego psa i gada tylko po ormiansku. Mamy nadzieje, ze chlopak znajdzie psa, zanim pies znajdzie nas…

Gdy zapada noc w dole ukazują sie światła jakiegos duzego miasta. Za dnia było takie mgliste powietrze, ze nic takiego nie bylo widac! Rzut oka na mape sugeruje, ze musi to byc Giumri! Oprocz łuny miasta znów widac w dole pożary. Chyba z trzy miejsca. Spore dymy pojawiają sie tez od strony Aragaca- calkiem blisko, zaraz za namiotem pasterzy. Chwile pozniej gasną. Co to za popierdzielony rok????? :(

Namiot stawiamy znów na betonie, w otoczeniu solidnych scian. Uspokaja nas to, ze pasterze upieką sie jako pierwsi ;)

Obrazek

Obrazek

W naszym domku mieszka sporo ptaków. Ściany chronią nas takze od wiatru, ktorego solidne podmuchy zrywaja sie zaraz po zmroku. To nie bedzie ciepła noc…

Poznym wieczorem, gdy juz układamy sie spac, przychodzi drugi pasterz z namiotu. Zaprasza nas do siebie, na szaszłyki, bimber i spanie w łózkach. To bardzo miłe z jego strony, jednak problem polega na tym, ze do kolesia nie dociera odmowa. Nie rozumie odpowiedzi “nie dziekujemy, idziemy juz spac”. Jest namolny, probuje nas przekonac do złozenia namiotu. Przez pół godziny mu tłumaczymy jedno i to samo. W koncu obiecujemy przyjsc rano i w koncu odpuszcza. Uffff… Ukladamy sie do snu w zaciszu betonowych scian a wszedzie wokol wyje wiatr…

Rano naszego pasterza nie ma. Jest tylko jego niegadający kolega, ktory własnie zagania owce.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nie wiemy gdzie podział sie nasz wieczorny upierdliwy znajomy i czy w ogole byl z tego namiotu, czy moze akurat wracał z knajpy w innej czasoprzestrzeni i dziwne zawirowanie tu go wypluło zupelnym przypadkiem ;)

Na dole tez nie zastajemy gospodarza. Wypijamy tylko kawe z kobitami. Przy tamie nie bylo jednak spokojnego wieczoru. Przyjechał o poznej porze jakis Rosjanin na rowerze, pili do rana a gość o świcie wsiadł na rower i pojechał dalej. Na tym etapie troche nam szkoda, ze nie zostalismy, choc zapewne w piciu bysmy nie dotrzymali im kroku...

Aha! Miało byc przeciez o jeziorze… Jezioro prawie wyschło. Jakos tak wyszło, ze do niego nawet nie podeszlismy. Widzielismy go z gory, z daleka. Faktycznie w tym stanie napelnienia nie wygladalo jakos imponujaco...

Obrazek

Obrazek


cdn

Posty: 1955
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Wśród wąwozów i płonących gór czyli Armenia 2017

Postautor: buba » poniedziałek 23 paź 2017, 15:36

Dzis suniemy w strone Spitaka. Pierwszy zabiera nas biznesmen z Giumri. Mowi, ze dziwnie sie poczuł jak nas zobaczyl przy szosie bo pamietal nas z wczoraj- jak łapalismy stopa w Haricz. A tu minał dzien, a my przy tej samej szosie, tylko w Saralandż, 5 km dalej. I jakos glupio mu sie zrobilo, ze nas juz wczoraj nie zabrał. Opowiadamy mu wiec, ze bylismy w miedzyczasie nad jeziorem i jest kupa smiechu. Gość przez 10 lat pracował w Rosji a teraz wrocil do kraju i zalozyl biznes. Ma 15 swoich taksowek i trzy sklepy. Cały czas wypytuje nas jak jest w Polsce- jakie obroty musi miec firma aby byc zwolniona z podatku, jakie sa plusy łączenia miedzy znajomymi swoich sklepow w sieci, czy zbyt nachalna reklama moze odstraszyc potencjalnych klientow, jakie gadzety u nas sie daje swoim pracownikom aby czuli sie zaopiekowani. Byly tez jakies tematy o wypozyczaniu za granicą samochodow na firme czy przedrukowywania faktur na inne nazwiska. Niewiele mozemu mu pomóc bo my sie kompletnie nie znamy na takich sprawach! Rozmowa jest tez utrudniona tym, ze kierowcy srednio co 15 sekund dzwoni telefon. On za kazdym razem go odbiera, rzuca 5 do 10 słow i sie rozłącza.

Kolejne złapane auto to stary kamaz z przyczepą, na ktorych jadą jakies żelazne i na oko cholernie ciezkie kontenery. Kierowca jak na Ormianina jest dosyc wysoki i potęznie zbudowany. Zwraca uwage tez ogromna blizna na piersi, jak jakis lej, wir...jakby przynajmniej dostał z armaty! Gość jest z rodzaju tych, ktorych raz sie spotka i nigdy nie zapomina. Z ktorymi nie ma mowy o 5 sekundach nudy. Na poczatku robi na nas niezbyt dobre wrazenie. Jest zbyt krzykliwy, bezposredni, za bardzo nabuzowany, jakby nadmiernie sie spoufalał. Ciezko jest mi powiedziec, ale pierwsze wrazenie bylo jakies odpychajace. Nie chce nam tez powiedziec jak ma na imie. Mamy zgadywac. Wymieniam wszystkie imiona ormianskie jakie znam- moze Arsen, Aszot, Ararat, Armen, Awed, Wartan??? Probujemy sobie przypomniec roznych spotykanych ludzi i jak ich wołali. Nie i nie. Wciaz nie tak. Tak nazywal sie jakis gieroj z czasow Wielkiej Armenii. Nie znam sie na historii. Kurde.. No to podpowiedz- trzecia litera “G”. Nadal nie wiemy. Kierowca sie wkurza, smieje, podskakuje, wali wielkim łapami po kierownicy, wygraza komus za oknem, cos nawołuje do telefonu. No ale jak ma imie wciaz nie wiemy. Ciagle padaja jakies podpowiedzi, ktore nic nam nie mowia. W koncu jedną z nich jest, ze tak mial tez na imie znany ormianski mistrz szachowy. Toperz zna sie na szachach- “chodzi o Petrosjana?”. No dobra, ale jak Petrosjan mial na imie to nie pamieta… W koncu zabawa zaczyna wygladac jak jakies “koło fortuny”. Odsłaniaja sie kolejne litery. W koncu udaje sie zgadnac- TIGRAN! Kierowca cieszy sie jak dziecko, trąbi do wiwatu i przytupuje. Z calej rozmowy, zabawy, zartow wychodzi obraz miłosnika czarnego humoru, czlowieka o ogromnym dystansie do siebie, do swiata, do wszystkiego. I jakis takich cechach stracenca, "skazanca oderwanego od stryczka", czy osoby smiertelnie chorej, ktora jest tu juz tylko jedną nogą, jakby chwilowym gosciem, jakby zawieszonym gdzies w niebycie, w innym wymiarze. To jakos widac i czuc z kazdego zdania, z kazdego ruchu. Miedzy ekspresją, agresją i opetancza wesołoscia jakby przebijał jakis dziwny smutek , zrezygnowanie, obojetnosc, pogodzenie z losem.

W miedzyczasie pojawiaja sie kłopoty z autem- palą sie hamulce tylnych kół. Bucha para, śmierdzi gumą tak, ze az zaczyna sie kręcic w glowie. Tigran co chwile wysiada, tzn. nie, on nie potrafi wysiadac, wyskakuje z samochodu jak z katapulty i idzie - nie on nie potrafi chodzic- biegnie w podskokach, na tył auta i przestawia tam cos przy kołach. Mnie prosi o trzymanie jakis dzwigni w kabinie, z ktorych oblewa mi rece gorąca woda. W miedzyczasie zatrzymuje nas policja. Jestesmy pewni, ze chodzi o kamaza i obłok czarnego dymu, ktory sie za nim ciągnie. A tu nie - kontrola trzezwosci i dokumentow. Na palona gume i strzykajacy wokól wrzatek nikt nie zwraca uwagi. Zatrzymujemy sie coraz czesciej. Tigran probuje wchodzic pod kabine, w ktorej siedzimy, za koła, do żelaznych pojemnikow, ktore wiezie. Zastanawiamy sie kiedy zostanie zgnieciony, przejechany, utopiony, spalony. Jednak wychodzi obronna reka z najbardziej karkołomnych swoich pomysłow. Tylne koła sie jednak nie zamierzaja przestac palic. Podjazd i zjazd ze stromej przełeczy o wielu zakretach nie pomaga w wyciszeniu i uspokojeniu zmeczonego autka...

Planujemy wysiasc w Spitaku przy skrecie na Giumri. Tigran mowi, ze sa dwa - jedno na przedmiesciach omijajace centrum a drugie w srodku miasta. Wybieramy to pierwsze- chyba latwiej bedzie cos złapac i nie wpasc w szpony taksowkarzy. Jest nawet tabliczka- Giumri lewo. Wysiadamy. Tigran patrzy na nas smutno. “Pewnie sie juz nigdy nie spotkamy. Szkoda. Bardzo was polubilem” a w jego oczach pojawiają sie łzy. Czarny zwarty obłok gumy, ulegajacej sublimacji, oddala sie w strone centrum Spitaka. Jakos robi mi sie smutno. Jakos tak cicho i pusto. Tez go polubilismy. Pewnie mowil prawde i juz nigdy sie nie spotkamy. Nie wiem czemu ale nie zrobilismy sobie nawet wspolnego zdjecia, nie wymienilismy sie numerem telefonu. Nie wiem dlaczego. Sa chyba ludzie, w towarzystwie ktorych zaczynamy sie czuc jak na jakims haju. Jechalismy razem niespełna godzine, a wrazen i emocji jak z przynajmniej całego dnia….

Skrecamy w droge na Giumri. Mijamy spory pomnik na wzgorzu, poswiecony ofiarom trzesienia ziemi w 88 roku.

Obrazek

Dalej droga coraz mniej przypomina obwodnice miasta czy w ogole cos, co gdziekolwiek prowadzi! Wchodzimy na jakies wysypiska, tereny poprzemyslowe, działki. Droga rozdziela sie na kilka mniejszych ale zadna z nich nie wykazuje checi przyblizania sie do glownej szosy.

Obrazek

Widzimy tą droge na Giumri - niknie na horyzoncie wchodzac do tunelu. Nie da rady pojsc na przełaj bo oczywiscie sa jakies wąwozy... Nie wiem- moze to jest alternatywna droga do Giumri, ktora prowadzi przez gory? Jest juz dosyc pozno, a mielismy plan dotrzec do klasztorku Cziczhavank koło wsi Szirakamut i tam spac. Ale błądząc po Spitaku jakos nagle opanowuje mnie jakas niechęc do tego miejsca. Od czasu do czasu mi sie zdarza, ze jakies miejsce, do ktorego planowalam jechac - zaczyna mnie nagle odpychac. Jakby cos hamowało, jakbym sie bała. Nie wiem czemu. I zwykle czuje wielką ulge gdy zrezygnuje z tego pomysłu. Z perspektywy czasu patrzac - w tym przypadku chyba dobrze. Z klasztorku bardzo niewiele zostalo… (zdjecie z googlemaps)

Obrazek

Gdy wracamy spowrotem pod gore w Spitaku, toperz nagle czuje szarpniecie za plecak. Odwraca sie - a tam uwiesiło sie dziecko, chyba dwuletnie. Pusto wokol a nagle na srodku ulicy pojawil sie taki maluch i czepia plecakow! Toperz strząsnął dzieciaka, ktory znikł bezszelestnie jak sie pojawil, tylko sie kurzylo za zakretem.. Przypomina mi sie "Ogniem i mieczem" i opowiesci o sysunach - dzieciach upiorach, ktore pojawiają sie koło mogił i kąsają za uchem podroznych.. A tu w Spitaku zgineły tysiące ludzi.. Szlag wie co bylo na tym pustkowiu przed trzesieniem ziemi. Dziecko akurat chyba bylo prawdziwe, ale jakos robi nam sie dziwnie i przyspieszamy kroku.

Juz przy glownej drodze zapoznajemy Anie z Samary. Kobitka jest bardzo sympatyczna i bardzo nam poprawia humor. Zaprasza nas w gosci. Problem jest jedynie taki, ze ona tu tez jest w gosciach u rodziny. Nie zaprasza nas wiec do swojego domu. Po pewnej przygodzie z Gór Samsarskich mamy pewien uraz psychiczny do tego typu zaproszen wiec dziekujemy i nie korzystamy. Byc moze byloby milo. A byc moze nie… Wymieniamy sie numerami telefonow i obiecujemy stawic sie w gosci, gdy kiedys trafimy do Samary.

Nie umiem robic zdjec z reki. Obie wyszłysmy okropnie. Glownie rozdeło nam nosy!

Obrazek

Na przelecz Pamb jedziemy busiem identycznym jak nasz! Tylko ten jest biały i wiezie mrozone kurczaki w skrzynkach, ktore powoli topnieja i moczą swoja zalewa wnetrze busia, tzn. rowniez nasze plecaki leza w tej brei pokurczakowej. Ale lepiej miec plecak w kurczaku niz musiec go targac pod gore.. Porównujemy z kierowca rozne parametry naszych busiów i robi sie nam bardzo tęskno, ze naszego przyjaciela tu nie ma z nami! Taki sam zapach, taki sam dzwiek! Na przeleczy sie okazuje, ze kierowca tu wcale nie jechal... Ze pojechał tylko dla nas, zeby nas podwieść.. Naprawde nie wiemy co powiedziec! Sa sytuacje, ktore po prostu zwalają czlowieka z nog..

Osiedlamy sie u Aweda, przy jednej z knajp pod przełęczą.

Obrazek

Stoi tu najprawdziwsze UFO!

Obrazek

Obrazek

Statek kosmiczny z tematycznymi malowidłami wewnatrz, wyscielony dywanem! Tu bedziemy spac, ze wzrokiem wbitym w galaktyki, pod czujnych okiem panow w skafandrach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przyknajpowy kibelek- duzy, przestronny, zamieszkały przez ptaki.

Obrazek

Obrazek

Widok z okna.

Obrazek

Wieczorem przyjezdza Awed z kumplami i domową wodka. Gawędzimy o zyciu, jak to zawsze w takich momentach. Co ciekawe w imprezie uczestniczy tez zaocznie dodatkowa osoba- przyjaciel gospodarza, ktory jest w szpitalu po powaznej operacji. Nie ma go osobiscie ale caly czas jest wsrod nas- podajemy sobie z rąk do rąk telefon i caly czas ktos z nas z nim rozmawia.

Obrazek

Obrazek

Gdy domowy specyfik sie konczy, ktorys ze znajomych wyciaga wódke “diengi”. W ich korkach zawsze siedza pieniądze. Zwykle 50 rubli. Ponoc czasem zdarzają sie wieksze nominały, acz nikt ze wspolbiesiadnikow osobiscie na takie nie trafil.

Obrazek

Do snu ukladnamy sie pozno. Nawet nie wiem, ktora jest godzina. Spi sie cudownie- klimatycznie, ciepło i zacisznie.

Obrazek

Nocą odwiedza nas mysz. Najpierw szelesci w workach, potem dobiera sie do jedzenia i wcina nam pół sera. Wieszamy wiec żarcie u sufitu. Zostawiam myszorkowi troche sera, odkrawam kawałek, ktory i tak jest pogryziony. Stworzenie jednak jest bezczelne. Ser wciąga a potem probuje podgryzac ręke toperza! Budzą go małe ząbki skubiace palec, jakby chciała sprawdzic “to sie nada na kolacje czy sie nie nada?”

Rano idziemy na wycieczke na pobliskie stepowe gorki. Sa tam owce, krowy, cykady i suche trawy skrzypiące pod butami. Dominuje kolor płowy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A na górach nieopodal zdecydowanie prym wiedzie brąz!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mijamy jakas niemiecką doswiadczalną hodowle lasu za drutem kolczastym, ktora chyba im sie z lekka nie udala ;)

Obrazek

Mini wąwoz wije sie przeciwleglym zboczem. Widac dokladnie, ze w rozpadlinie jest woda!

Obrazek

Fajna droga.. Idealna pod niwe!

Obrazek

Sprzet prawdziwego turysty! Klapek i parasola niestety nie mielismy :P

Obrazek

Wyłazimy na jakis szczyt. Ale jakos nic nam sie nie zgadza. Ani Spitaka nie mozemy wypatrzec (a chyba powinno byc widac miasto), sa tylko jakies rozrzucone po stepach spore wsie, ktore nijak przystaja do mojej mapy.

Obrazek

Alternatywnej drogi przez przełęcz Spitak tez nigdzie nie widac. Moze jedno i drugie schowało sie za jakas gore… ;)

Ale widoki sa ładne, wiatr owiewa nam pyszczki, słonko dogrzewa wiec jest bardzo miło!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Spotykamy rozne stworzenia. Nawet ich małe łapki niesamowicie chroboczą w wyschnietych na popiół trawach..

Obrazek

Obrazek

Wracamy na szaszłyki! A potem łapiemy stopa w strone Erewania tzn. łapie nam go babka z knajpy!

cdn

Posty: 1955
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Wśród wąwozów i płonących gór czyli Armenia 2017

Postautor: buba » środa 25 paź 2017, 16:26

Wracam sobie wlasnie z kibelka, gdzie przez okno podziwialam widoki na okoliczne gory, a tu nagle podchodzi do mnie jakis facet i wskazując na samochod mowi, ze moze nas podwiesc do Asztaraku. I bardzo przeprasza, ze nie moze do samego Erewania- pojechalby, czemu nie, ale akurat dzisiaj bardzo sie spieszy- na wieczor musi wrocic do Stepanawanu. I czy sie nie pogniewamy o to.. A ja stoje z otwarta gębą i nie wiem co powiedziec. Mielismy wlasnie zaczac łapac stopa w kierunku na Erewan. Zdarzalo sie nam, ze stop łapał sie sam gdy stalismy przy drodze lub szlismy nią. Ale zeby stop łapał mnie pod kiblem- to zdarzylo sie po raz pierwszy! Jak sie chwile potem okazuje za tym wszystkim stoi babeczka z knajpy. To ona zagadywała wszystkich krecacych sie nieopodal kierowcow- kto zabierze dwojke turystow do Erewania. I akurat Karen sie zgodził. Koleś studiował w Rosji. Za jego czasow nie bylo jeszcze szkoly wojskowej w Armenii- teraz juz ponoc jest. Po studiach wrocil i sluzy w roznych ormianskich placowkach. Pytam czy to dobra praca. Karen sie smieje: “To nie praca. To służba. A służba moze byc zła albo bardzo zła”. Ale ogolnie chyba jest zadowolony. Nie narzeka ani na finanse ani na kolegow z jednostki.

Karen caly czas nam cos opowiada o okolicy np. ze w Stepanawanie gdzie bylismy jest ogrod botaniczny, ktory zalozyl Polak. Tematy schodzą tez na jedzenie. Karen jest wielkim milosnikiem zupy hasz. Opowiada nam o niej jak o wielkim przysmaku. My mamy niezbyt dobre wspomnienia z nią zwiazane. Jedlismy to swinstwo 4 lata temu w knajpie nad jeziorem Kari i na samo wspomnienie zaczyna mnie mdlic. Nasz zołnierz nie przyjmuje do wiadomosci, ze komus to moglo nie smakowac. Takiej opcji nie ma. Moze bylo zle przyrzadzone? Jakby jego zona ugotowała to napewno bysmy byli zachwyceni. Bo haszem kazdy jest zauroczony. Tylko trzeba go gotowac cała noc a potem jest od rana.

W samochodzie jedzie tez z nami taka przemiła laleczka. Cały czas cieszy ryjek i kiwa główką w takt wyboistej drogi. Wreszcie spotkalam jakas bratnią dusze, ktora tak samo jak ja cieszy sie dziurawymi drogami! :)

Obrazek

Karen cały czas przeprasza, ze nie zawiezie nas do samego Erewania, ale nie da rady czasowo. W zamian za to pokaze nam kilka ciekawych miejsc w okolicy. Zatrzymujemy sie np. przy pomniku ormianskich liter. I znowu toperz wyszedl na jakiegos mutanta! ;)

Obrazek

Obrazek

W tle majaczy bardzo dziwny krzyz, taki przestrzenny, zrobiony z setek małych krzyzy. To tez jest jakis pomnik, ale jakich dokladnie ofiar to juz zapomniałam ;)

Obrazek

Potem odkrecamy na lewo od szosy i kierujemy sie przez wioski w strone klasztorku Saghmosavank.

Obrazek

Obrazek

Wlasnie trwają chrzciny wiec wokol światyni kręci sie sporo odswietnie ubranych osob. Co ciekawe- u nas zwykle do chrztu sie zanosi małe niemowlaki- tu dziecko ma juz conajmniej rok!

Ciemne wnetrza oswietlają tylko pełgające swiece.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Scienne malowidła.

Obrazek

Klasztorek jest polozony na brzegu kanionu rzeki Kasakh.

Obrazek

Stojac na brzegu wąwozu widac w oddali kolejny klasztorek- Hohanavank. Tez sie fajnie prezentuje, musimy sie tam wybrac niebawem!

Obrazek

Za wąwozem wyłania sie gora Ardyilor. Tzn tak jest podpisana na mojej mapie. Miejscowi uzywają innej nazwy, krotszej. Ara albo jakos tak.

Obrazek

Przy klasztorku jest poidełko z niesamowicie pyszną wodą! Chyba najsmaczniejsza woda w Armenii, jaka spotkalismy!

Z Karenem zegnamy sie na obwodnicy Asztaraku. Znow machamy. Miejsce dosyc słabe na łapanie stopa, bo wyglada jak zjazd z autostrady. Ale zatrzymuje sie trzecie auto- jakas elegancka limuzyna. W srodku podrozują trzy osoby zwiazane z miedzynarodową organizacja, ktora zajmuje sie m.in. kontrolą obiektow turystycznych. Oni dla odmiany nie lubią zupy hasz. Twierdzą, ze to dawniej byla potrawa zebraków, bo gotowało sie krowie nogi, a w ogole przywlekli ten przepis z krajow islamskich. I to jest skandal, ze takie paskudztwo uwaza sie za potrawe narodową Ormian! Opowiadają nam tez, ze 30 wrzesnia nad Sewanem jest “Swieto Ziemniaka” i związane z tym rozne festyny, koncerty, imprezy. Pomni tego, jak wygladalo podobne swieto na Mazurach, bardzo zalujemy, ze nas wtedy juz tu nie bedzie..

Ekipa oferuje sie podwiesc nas w Erewaniu nie tam gdzie oni jada, tylko tam gdzie my chcemy dotrzec. Ot tak z goscinnosci i dobrego serca. Niesamowitych ludzi czasem mozna spotkac!

Wysiadamy wiec w centrum. Robimy glupio, ale czasem czlowiek popelnia błędy. My tym razem uleglismy namowom i reklamie ;) Dwa tygodnie temu jechalismy do Stepanawanu z dosc sympatycznym taksowkarzem, Wartanem. I on nam opowiadal, ze oprocz jezdzenia taksowka prowadzi hostel w centrum. I ze jest tam miło, tanio i wygodnie. Ze bardzo nas tam zaprasza - jakbysmy kiedys chcieli nocowac w Erewaniu. Ze wieczorem sobie siądziemy razem z winkiem i pogadamy. Ze nieraz organizuje dla turystow wycieczki pod Erewan, sladem roznych mniej znanych klasztorkow. Wymienia kilka nazw wiosek - tak sie sklada, ze tam nie bylismy. No wiec gdy jestesmy w tym Erewaniu to postanawiamy poszukac owych wartanowych kwater i sie tam sie osiedlic. Cos nam zaczyna nie grac, gdy dzwonimy do Wartana a on podaje nazwe inna niz wtedy w taksowce. Albo nam sie pomylilo? Raczej nie - tamtą nazwe zapomnialam, a ten hostel nazywa sie ku czci wynalazcy radzieckiej bomby wodorowej ;) wiec raczej bym zapamietala ;) Wartana akurat nie ma w hostelu, jest w trasie. Wpadnie do nas wieczorem na chwilke. Juz na ulicy podbiega do nas jakis gość - i prowadzi do budynku a potem na piętro, twierdzac ze wszystko jest juz dla nas przygotowane. Hostel jak sie okazuje nie jest Wartana, tylko jego kumpla i wlasnie to ow kumpel dosc nachalnie zgarnął nas z ulicy. Ceny okazują sie sporo wyzsze niz wynikało z rozmowy 2 tygodnie temu. Za nocleg w klaustrofobicznej zbiorowce chca tu 50 zl od osoby. Pokazują nam jakies łozka, na których mamy spac, wychwalając miekkosc materacy i podniecajac sie jakie one sa nowe. Moją uwage raczej zwraca to, ze pokoj jest przejsciowy, ciągle ktos łazi w te i wewte, drzwi sa potwierane, przeciąg łeb urywa i nie bardzo jest nawet gdzie postawic plecaki. Ustawiajac je przy łózku albo calkowicie blokujemy przejscie przez pokoj, albo dojscie do sąsiednich łóżek. Wszyscy inni lokatorzy mają mikroskopijne plecaczki, bo kazdy szanujacy sie mieszkaniec hostelu lata tanimi liniami. Juz jakis dwoch kolesi cmoka - “co wy macie w tych placakach, zabierzcie je gdzies stad, przejsc sie nie da”. Gospodarz jest straszliwie natrętny, po raz dziesiaty proponuje nam prysznic, hasło do wifi i kawe- i wszedzie za nami łazi- nawet na balkon czy na schody, gdzie probujemy sie choc na sekunde odosobnic.. Chcemy usiasc na chwile w ciszy i odsapnąc, ogarnac sie , pomyslec co dalej. Ale tu nie ma takiej opcji. Koles nie rozumie, ze nie mamy zwyczaju prysznicowac sie o 17, nie mamy laptopa i nie mamy ochoty na goracą kawe w upał. Do kibla nie mozna sie dostac bo ktos sie akurat prysznicuje a wychodka nie przewidzieli ;) Juz widze jak sie da wysikac rano lub wieczorem. Ale gospodarz chce pokazac drugi prysznic (bez kibla) i prawie przemocą właczyc mi wifi na telefonie. Wyciagam wiec moją Nokie 3310, wiec przynajmniej z wifi mi odpuszcza. Jest tez aneks kuchenny, gdzie kłębią sie jakies dzikie stada turystow, z grzecznie na rozkaz umytymi własnie włosami, trykając sie laptopami i popijajac kawe. Prac mozna tylko w pralce. Recznie nie wolno. Poza tym i tak nie bardzo jest gdzie rozwiesic. Co za siedlisko absurdu! Pewnie juz kiedys o tym pisalam, ale wyjatkowo nie znosze obiektow noclegowych zwanych hostelami, bo oferują zwykle ceny zupelnie nieadekwatne do wygod i klimaty, ktore calkowicie nas nie kręcą. Plujemy se w brode, ze dalismy sie tak omamic i wkrecic! Bo przeciez mamy dobre, sprawdzone miejsce noclegowe w Erewaniu- ale chcielismy poznac cos nowego. No to poznalismy… ;)

Łapiemy nasze, niezgodne z hostelowymi standardami plecaki (ktore jakis dwoch anglojezycznych kolesi probuje upchac gdzies w kącie) i pospiesznie sie ewakuujemy, mimo ze koles krzyczy za nami “Ale jak to? Mamy nowe materace, prysznic, wifi i kawe!”. Łapiemy jakiegos taksiarza i “Do Stiopy!!!!”. Mamy tylko nadzieje, ze Stiopa zyje, nie wyjechal i dalej prowadzi swoj biznes - przez trzy lata moglo sie sporo zmienic. Juz ciemnieje za oknem.. Kierowca o imieniu Artak umie sporo powiedziec po polsku. A rozumie prawie wszystko! Fajnie tak sobie z kims normalnie pogadac! Opowiada jak w latach 90 tych mieszkał w Łomzy, zajmowal sie handlem, nawet z jakas Polką krecil. Myslal, ze zostanie na stałe. Ale pobił sie z jakims kolesiem i został deportowany. Wyrobil wiec nowy paszport i wracal jeszcze kilkukrotnie do Polski, ale prawa stałego pobytu juz wtedy nie dawali. Narzeczona w miedzyczasie miała juz dziecko z innym. Z pracą tez sie juz nie kleiło tak dobrze jak niegdys. Wrocil wiec do Erewania. Ale Polske mimo wszystko miło wspomina. Ot błedy i przygody młodosci a wspomnien na cale zycie! Szkoda, ze jazda trwa tak krotko, bo jeszcze duzo bysmy uslyszeli o bazarach, knajpach, melinach, imprezach, dyskotekach i giełdach samochodowych polnocno-wschodniej Polski!

Romik zwany Stiopą (ale tego przydomka nie lubi) dalej jest gdzie byl. I nawet nas poznał! Ponoc nie czesto Polacy tu zagladaja to i pamieta. Tu za nizsza cene mamy pokoj z łazienka, kiblem, telewizorem, klimą i dystrybutorem z wodą. I przede wszystkim z zamykanymi drzwiami, miejscem na plecaki i swietym spokojem. Robimy pranie i obwieszamy nim cały pokoj- sa tez sznurki na dworze ale akurat zaczelo padac! Po raz pierwszy chyba od pól roku w Armenii! Juz wiadomo co trzeba zrobic, zeby nie bylo suszy! Buba musi wyprac spodnie, koszule i polar! ;) Wtedy deszcz gwarantowany!

Nigdy nie zrozumiem fenomenu hosteli i bulenia grubej kasy za ciasnote, kociokwik i ciagle zajety kibel. A zagraniczni turysci ciągną tam jak muchy na lep. Ale ja wielu rzeczy nie rozumiem...

Nasze spokojne i miłe lokum niedaleko dworca autobusowego Kilikia.

Obrazek

Obrazek

A to gdzies z dzielnicy nieopodal. Jedna z wielu rzeczy, ktore uwielbiam na wschodzie - plątanina i totalna anarchia kablowisk!

Obrazek

Obrazek

cdn

Posty: 1955
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Wśród wąwozów i płonących gór czyli Armenia 2017

Postautor: buba » wtorek 31 paź 2017, 17:16

Dzis jedziemy do klasztorku Hohannavank (Ohanavan), ktory wypatrzylismy wczoraj stojąc na brzegu wąwozu. Jedziemy taksówka. Wydostanie sie z miasta wielkosci Erewania stopem lub marszrutką w kierunku małej wsi jest czyms czego ogarnąc nie potrafie. A przynajmniej zajmuje tyle czasu i energii, ze mi sie po prostu nie chce.. Z normalnym powrotem do duzego miasta oczywiscie nie ma juz zwykle zadnego problemu!

Hohannavank jest jednym z sympatyczniejszych klasztorkow jakie widziałam w Armenii. Stoi na skraju wąwozu. Kamienie, z ktorych został zbudowany mają lekko pomaranczowy odcien.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W srodku pełno jest roznych rzezb, kolumn, tajnych przejsc, malutnich kaplic czy schowkow o nieznanych nam przeznaczeniu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Chaczkary o ciepłych, lekko cieniowanych kolorach..

Obrazek

Obrazek

Jest okno w ksztalcie aniołka.

Obrazek

Scienne napisy, malunki i płaskorzezby.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obłe nagrobki porosłe porostami.

Obrazek

Obrazek

Wszystko pełga w swietle swiec.

Obrazek

Obrazek

Zapora antybubowa ;)

Obrazek

Kamienie w scianach sa numerowane. Wyglada na to, ze klasztorek byl niedawno remontowany. Potwierdzają to stare zdjecia, gdzie jego stan jest duzo mocniej zruinowany. Naprawde jestem pełna podziwu dla takiej rekonstrukcji- gdzie budynek po niej nadal wyglada jak stary i pokryty patyną!

Obrazek

Bramka, pod ktora troche sie boimy przejsc ;)

Obrazek

Z brzegu wąwozu dostrzegamy kolejny kosciołek a raczej kamienną, czesciowo tylko zadaszona ruine. Połozona jest gdzies w polowie drogi miedzy Hohannavankiem a Saghmosavankiem gdzie bylismy wczoraj.

Idziemy tam przez wioske, mijajac miedzy innymi niwe przerobioną na pick-upa! :)

Obrazek

Z pół godziny kluczymy wsrod wiejskich uliczek, wysokich murów okalających posesje, zelaznych bram, zza ktorych czesto plynie skoczna muzyka. Dzis jest chyba jakies swieto, wiec cała wies sie bawi. Kto sie nie bawi w domu - ten pakuje sie w auto i rusza w strone Erewania albo biesiadek na przyrodzie. Upatrzony kosciolek musimy sobie znalezc sami. Jakiekolwiek proby pytania koncza sie polecaniem trasy dotarcia do jednego z dwoch okolicznych duzych klasztorkow. W koncu sie udaje dotrzec na krawedz wąwozu w odpowiednim miejscu i nie odbic od zadnego płotu. Dach światyni jest czesciowo zawalony, a pozostale fragmenty porasta trawa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wnetrza zdobią rozne obrazki, rzezby, makatki oraz dzieła lokalnych tworcow.

Obrazek

Są rysunki...

Obrazek

A tu jakas metaloplastyka- Matka Boska o nieco dziwnych ustach...

Obrazek

Jest tez sporo mini klasztorkow z drewna czy blachy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Sporo kamieni, z ktorych sa zbudowane sciany, jest pokrytych rzezbionymi krzyzami czy napisami. Na tym etapie ciezko ocenic czy powstaly przy budowie kosciola, czy umiescili je pozniej pielgrzymi lub zwiedzajacy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jedno z drzewek pełni tu specyficzna funkcje obrzędową. Kiedys w Goris miejscowi nam opowiadali, ze przywiazujac chustke czy tasiemke trzeba pomyslec zyczenie czy prosbe do Boga. Cos jak zapalanie swieczki w cerkwi. Acz ponoc chustek nie przywiazuje sie dziekczynnie, tzn. mozna, ale nie jest w zwyczaju.

Obrazek

W oddali fajnie sie przedstawia na tle skał Saghmosavank- klasztorek gdzie bylismy wczoraj!

Obrazek

Przy kosciele mozna tez napotkac znaczek komunistycznej Armenii- popularny na tablicach z dawnych czasow.

Obrazek

cdn

Posty: 1955
Rejestracja: czwartek 19 lut 2015, 23:08

Re: Wśród wąwozów i płonących gór czyli Armenia 2017

Postautor: buba » wtorek 31 paź 2017, 17:41

Na ostatnie sniadanie idziemy do knajpki przy dworcu, bo sie okazuje, ze całe nasze jedzenie spleśniało. Zemsta myszy, ktorej zabralismy worek gdy spalismy w UFO czy jak? No i sie skonczylo, ze ani mysza nie zjadła ani my ;) Knajpke prowadzi sympatyczny Gruzin o imieniu Siergiej. Zjadamy chaczapuri po adzarsku. Miejsce wyglada troche jak McDonald (takie plastikowe bistro) ale po chwili przestaje to przeszkadzac. Atmosfera przyjemna, niespieszna, stołują sie tu przewaznie miejscowi. I jest lane piwo!

Obrazek

Dzis pętamy sie w okolicach stadionu. Nie wiem czy okolica jest tu jakas niepewna, ale w blokach sa kraty w oknach nawet na 1 pietrze. A jedyne okno bez kraty jest rozbite ;)

Obrazek

Zabudowa jest tu rozna, totalnie wymieszana, nowa, stara, mieszkalna, sakralna, imprezowa..

Obrazek

Obrazek

Jakas ogromna konstrukcja - ni to dzwig, ni to radar...

Obrazek

Spod stadionu, zarowno w strone centrum, jak i dworca Kilikia, idzie sie wzdluz duzych, ruchliwych drog. Pieszych tez sie kręci sporo. Ulica najpierw idzie wzdluz wąwozu a potem go przekracza mostem. Mieszkajac u Stiopy i chodzac do centrum przemierzalismy ten most wielokrotnie, zarowno w dzien jak i w nocy. Dzis jednak przykuwa nasz wzrok kilka rzeczy na dole wąwozu- gdzie nigdy nie bylismy. Jest drugi kamienny most, sa jakies jakby wloty do tuneli. Schodzimy zarastajacymi schodami. Wąwoz jest jakis dziwny. Jakby zapomniany. Powyzej śmigają szosami tysiace aut, jest ludne miasto pełne miejscowych i przyjezdnych a tu nagle pstryk! i wpadamy jakby w inny swiat. Wejscia do tuneli zatkane sa blachą. Nie podchodzimy jednak do nich bo na drodze stoi dwoch gosci, o niezbyt zachecajacych do poznakomienia wyrazach twarzy. Chyba nas nie dostrzegają, ich wzrok jest totalnie błędny. Wygladaja na totalnie zamroczonych, ktorzy utracili kontakt z otaczajaca rzeczywistoscia. Stoją bez ruchu jak manekiny. Albo ćpuny, albo jacys nienormalni. Obieramy wiec kierunek przeciwny. Kit z tunelami! W tym miejscu zaczynam żalowac po raz pierwszy, zesmy tu zlezli…

Dalej sa jakies oprzyrządowania zaglonionych kanałow. Mały kamienny most konczy sie kratą. Nie wiem dokad dalej prowadzi. Krata jest zamknieta na dobre.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mijamy tez pożar. Nie wiem, ktory to juz w tegorocznej Armenii. Nie powinno nas to dziwic. Tylko, ze tu … pali sie jakby woda…

Obrazek

Wypływ rwącej rzeki zza zelaznej kraty.

Obrazek

Mijamy budynek jakby starej przepompowni gdzie jakas ekipa zrobila sobie imprezownie. Siedzą za stolem a ze srodka wyraznie wali bezdomnym. Ci nas akurat zauwazyli. Na ich twarzach rysuje sie ogromne zdumienie i jakby niedowierzanie. Nie czekamy na przyplyw kolejnych emocji u tej dziwnej ekipy i podązamy dalej płytowymi drogami. W strone wielkiego mostu. Moze tam uda sie wyjsc na powierzchnie i wrocic do Erewania, ktory znamy ;)

Obrazek

Kolejne miejsce schadzek jest pod mostem. Tu chyba spotkania mają inny charakter bo wiszą trzy roznobarwne biustonosze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W wąwozie jest jeden domek. Chyba zeskłotowany na dziko. Nie podchodzimy jednak do niego.

Obrazek

Obrazek

Gdybysmy byli wieksza ekipą - tak z 4-5 osob mozna by sie tu pokrecic dłuzej i kto wie co jeszcze napotkac. We dwojke raczej nie polecam eksploracji tego wąwozu.. Cieszymy sie, gdy znow jestesmy na mostowym chodniku wsrod ryku aut, z widokiem na Ararat, ktorego nie widac i fabryke koniaku ;) Ten wąwoz to chyba pierwsze miejsce w Armenii, w ktorym czulismy sie naprawde nieswojo i oględnie mowiac “mało komfortowo” ;) Acz trzeba przyznac, ze owo miejsce zapada w pamiec.

U dołu duzego mostu wisi tablica. “Most Pobiedy” , kiedy zostal zbudowany i nazwisko glownego inzyniera. Pozostale napisy zostały dokladnie skute. Zarowno ormianskie jak i rosyjskie. Wyglada na to, ze bylo tam jeszcze jedno nazwisko. Dlaczego? Tego nie wiemy. A bardzo bysmy sie chcieli dowiedziec!

Obrazek

Na skarpie wąwozu stoja budynki o stylach zroznicowanych.

Obrazek

Obrazek

Na dachu jednego z blokow jest chyba dobudowany cały domek. Nie mam pojecia jak to działalo- czy kazdy mogł osiedlic sie na dachu bloku i zbudowac tam sobie chalupe? Bardzo mnie ciekawi mechanizm powstawania takich dodatkowych pieter. Ciekawe tez jaki mają adres? ;)

Obrazek

Na trasie z mostu w strone dworca autobusowego całe płoty sa udekorowane starymi zdjeciami ukazujacymi Erewan sprzed lat. Stara zabudowa centrum, ktora praktycznie cała zostala zrownana z ziemia, jakies targi, place, parady sprzed lat. Nawet chyba jakis tramwaj sie zalapal. Mnie najbardziej urzekło to zdjecie!

Obrazek

Szukamy tez hali targowej, gdzie ostatnio obkupilismy sie w pysznne łakocie! Patrzymy w mape, idziemy pod “hale targową” i... to nie jest to miejsce! Z zewnatrz wyglada jeszcze znosnie, ale w srodku to jest jakis market!

Obrazek

Nieopodsal trafiamy jednak na fajną, uliczną suszarnie wełny.

Obrazek

Wpadamy tez na meczet!! Wstyd przyznac, ale nie wiedzialam, ze w Erewaniu jest meczet… Ba! Bylam pewna, ze gdzie jak gdzie, ale w Armenii to nie ma zadnego meczetu!!! Meczet jednak jest i ma sie dobrze. Szok totalny!

Mozna go zwiedzac. Nalezy do mniejszosci iranskiej. Oprowadza nas po nim miła starsza pani. Zwracaja uwage ładne mozaiki na kopułach i scianach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W srodku nie bardzo mozna robic zdjecia, ale babka pozwala na jedno "z biodra" ;)

Obrazek

Przybył tez jakis bosonogi pielgrzym. Umył zakurzone nogi, napił sie z fontanny i napełnił skórzany bukłak. Z torby przerzuconej przez ramie wyjął kawałek chleba i z apetytem zjadł. Otrzepał z kurzu długie dredy i zwiazal w kucyk sznurkiem. Usiadł na ławce, odsapnął troche… po czym wyciągnał smartfon i zrobił sobie 10 roznych zdjec- "samojebek" z kija. Potem podłączył telefon kablem do laptopa i zaczał zapamietale walic w klawisze. Taaak…. Nawet koles z makatki nie wytrzymał ;)

Obrazek

W koncu przypominamy sobie, ze nasza hala targowa byla zaraz obok obrzydliwego marketu "Taszir" gdzie bezskutecznie szukalismy butli gazowych. Tym sposobem docieramy juz bez problemu. Jak zwykle naszym zainteresowaniem cieszą sie głownie dwa rodzaje produktów - bakalie i domowe wódki owocowe. Niestety jestesmy ograniczeni wagą bagazu, wiecej niz 28 kg na osobe wziac nie mozemy. Pomni tez doswiadczen sprzed 3 lat (gdy zabrano nam na lotnisku alkohol w plastiku) przelewamy bimber do szklanych butelek (co oczywiscie wpływa na mase...) Nabywamy suszono-kandyzowane figi, gruszki, wisnie, czeresnie, brzoskwinie. Kurcze, czemu u nas tego nie ma? Jedynie daktyle sa u nas dobre, reszta takowych owocow jest sucha i twarda...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z ostatnim półdniem jak zwykle nie wiemy za bardzo co zrobic. Włóczymy sie wiec bez celu po centrum, pijemy piwo przy fontannach, zagladamy na Wernisaż, mimo ze koszulek i magnesikow z Armenii mamy juz zatrzesienie. Na koniec zapodajemy do knajpy "Kaukaz" gdzie nażeramy sie po brzegi, coby nie musiec juz jesc na lotniskach, gdzie jest upiornie drogo i wszystko smakuje jak z kartonu.

Obrazek

Obrazek

Na lotnisku jestesmy koło 23. Czekaja nas upojne, dlugie godziny oczekiwania na samolot, ktory odlatuje o jak zwykle idiotycznej porze, chyba 5 rano. Ani to przeżuc ani wypluc.. ni czekac od wieczora, ni isc spac u Stiopy i przyjechac rano, ni siedziec w knajpach w centrum i potem szukac taksowek... Sprytny toperz przynajmniej ma ksiazke (ja nie mam tyle samozaparcia aby takie rzeczy dzwigac przez 2 tygodnie po górach...) Zeby nie umrzec z nudów kupiłam sobie w centrum dziwną gazete "Tajemnice CCCP" ;) o ekspedycjach na opuszczone stacje kosmiczne, sekrecie mumii Lenina, Majaku- starszym bracie Czarnobyla, utajnionych tsunami niszczacych Kuryle czy rzekomym otruciu Andropowa ;) Taki "Super Express" tylko tematyczny ;) Siedzenia na lotniskach sa chyba specjalnie tak konstruowane aby nie dało sie na nich wygodnie spać - podłokietniki oddzielajace siedzenia, dziwne wyprofilowanie a wszystko zrobione z lodowatego metalu. Na podlodze spac sie nie da bo ciagle jezdza czyszczarki. Obkładam wiec ławke karimatami, swetrami i czym sie da.. Zwijajac sie w w jakas spirale udaje mi sie zasnac na okolo 3 godziny. Śnią mi sie jakies niesamowite rzeczy- tęczowe fale z koziołkujacymi wiewiórkami, zalewa do kiszonych ogórkow, z ktorej musze wydłubac fioletowy brokat czy murzynskie dziecko, ktoremu otwiera sie główke pilotem a w srodku sa lody pistacjowe.. Nie wiem czy to spowodowała lektura tej gazety, zwiniecie w korkociąg podczas snu czy moze w "Kaukazie" dodali do zarcia inne przyprawy niz zwykle?? ;)

Samolot jest oczywiscie opozniony. W Polsce przezywamy szok termiczny - ze slonecznych 35 stopni wpadamy w 8 stopni i siąpiący deszcz. Tegoroczne zakonczenie lata bylo wiec szybkie i brutalne.

Kolejna kaukaska przygoda przeszła do historii...

KONIEC


phpbb 3.1 styles demo

Wróć do „Pamiętnik Włóczykija”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości